SZKOŁA WIARY

 



ADWENT
                                                  czas tęsknoty


       Od jutra rozpocznie się nowy rok liturgiczny, jesteśmy uczestnikami pulsującego rytmu życia który przepływa w liturgii i zmierza ku wypełnieniu wszystkiego w Bogu. W ten sposób życie chrześcijanina, nieuchronny upływ czasu, wszystkie wydarzenia które splatają się na dramaturgię życia, są odniesione do jednego, wyraźnie określonego celu jakim jest przyjście Pana. Jesteśmy na wskroś przeniknięci duchem biblijnego przepływu czasu który ma charakter linearny, dzieje które płyną do przodu, ku określonemu celowi, wypełnione nadzieją na spotkanie kogoś wyjątkowego. „Można powiedzieć że dzieje mają dwóch bohaterów- Boga i człowieka. Zmierzają do ostatecznego zbawienia”. Wchodzimy w ADWENT- (od łac. adventus- przyjście, pojawienie się monarchy, króla, zwycięskiego wodza; ma to wydarzenie odpowiednik w dwóch ważnych słowach: parusia i epifania). To czas radosnego a zarazem poważnego oczekiwania na przyjście Chrystusa w wydarzeniu Wcielenia i Paruzji- czyli narodzenia; wejścia w ludzką historię, jak również czujnego przenikniętego modlitwą wyczekiwania Jego nadejścia na końcu czasów. Wyrażają to słowa wczesnochrześcijańskiego pisarza Nowacjana: „Jak zapowiedział Izajasz: „Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Emmanuel, co się tłumaczy: Bóg z nami”, tak samo Chrystus mówi: „Oto Ja jestem z wami aż do skończenia świata”. Wobec tego On jest Bogiem z nami, a nawet o wiele bardziej: On jest też w nas”. Z niezwykłą sobie subtelnością wyraża istotę tego czasu oczekiwania ks. Pasierb: „Adwent to świt. Adwent to daleki tłumny fryz pełen postaci i zdarzeń, nieczytelny i pozbawiony sensu, gdyby w Betlejem za panowania cesarza Augusta w Rzymie i różnych tetrarchów w Palestynie, nie narodziło się dziecko, któremu nadano imię Jezus, a którego matką była Maryja. Adwent to mała izba w domu cieśli, gdzie zjawił się żonie archanioł, którego imię Gabriel znaczy „Zwiastujący człowieka”. Adwent to pustynia, na której widać wyniosłą postać odzianą w skórę wielbłąda. Adwent to liturgia. Adwent to nasze życie. Adwent to nasza śmierć i nasze zmartwychwstanie. Adwent to ostateczne przyjście Chrystusa”. To czas dopełniania się i zbliżania, czas wzrostu i rozwoju, oczekiwania i tęsknoty. Czas przychodzenia Tego, który jest zawsze, znajomy i nieznany. Czas ufności i radości…, naszego powrotu, hebrajskiego szub, co znaczy zmienić się, czas proroctwa i świadectwa…” Przez cztery niedziele adwentu będziemy przygotować się na te jakże podniosłego wydarzenia. Będziemy zapalać poszczególne świece na wieńcu uplecionym z sosny lub jodły, aby odmierzać czas nadejścia Pana. Wieniec w swojej głębokiej symbolice odsyła nas do drzewa jako symbolu życia ludzkiego czy gałązek, które w cieple domu pozostawały zielone lub rozkwitały. Symbolika adwentowego wieńca jest wielowarstwowa, polifoniczna. Cztery świece zakomponowane na wieńcu wskazują na stopniowe zbliżanie się do Prawdziwej Światłości- Jezusa Chrystusa. Zielone gałązki jak zostało już wcześniej wspomniane to znak żywej wspólnoty, przenikniętej dojrzewającym życiem. Wieniec zatem stanowi czytelny znak nadziei, że zwycięstwo nie należy do ciemności, lecz do życia. Chrystus jest Słońcem które nigdy nie zachodzi. Jak mamy właściwie przeżyć ten czas ? Przede wszystkim w spokoju i radości serca… Nie pozwólmy się ogarnąć tym wszystkim świecidełkom które będą wodziły nasz wzrok i opróżniały portfele z pieniędzy. Niech to będzie czas duchowego wzrostu, czujności i odważnego świadectwa w przepowiadaniu bliskości Boga do człowieka. Mamy nieść Jezusa wraz z Maryją, po to, aby nasze życie zostało wypełnione światłem… Mamy Go począć duchowo, aby wejść w kontemplację cudownej bliskości Boga który przychodzi aby przemienić i przebóstwić „Bóg staje się człowiekiem aby człowiek mógł stać się uczestnikiem boskiej natury”. Najważniejsze to mamy zachować czujność serca, aby nic i nikt nie wyprowadził nas z równowagi. Dobrze to wyraził o. Pelanowski: „Czuwanie, do którego wzywa Jezus ludzi, wyraża się nie tylko w tym, by czuwać nad własnymi pokusami i uprzedzać je, wyznając Bogu. Czuwanie to nie tylko unikanie miejsc i osób, czy sytuacji, w których na pewno nie potrafilibyśmy oprzeć się grzechom. Nie dotyczy też jedynie troski o to, by inni nie pogrążyli się w bagnie demoralizacji, i miłosiernego ratowaniu ich z dna. Jest jeszcze trzeci rodzaj czuwania, dzięki któremu człowiek przygląda się tym wszystkim wewnętrznym procesom duchowym, uczuciowym, mentalnym, psychicznym, które w nas się dokonują, aby nas nie popchnęły na manowce życia duchowego”. Należy zmobilizować się wewnętrznie aby dokonało się nasze wewnętrzne przeobrażenie, abyśmy przez zderzenie z prawdą o sobie, dostrzegli czas nawiedzenia Boga. Jezus nie mówi: „bądźcie spokojni” lecz „Uważajcie”. Nie mówi nam abyśmy odnotowali sobie wszystko skrupulatnie w kalendarzu naszego telefonu. Ciche kroki nadchodzącej osoby nie pozwolą nam zasnąć, mamy wsłuchać się w szept Boga i spoglądać w światło zapalanych świec, które będzie coraz intensywniejsze wraz z temperaturą naszej duszy. Bóg będzie przychodził w każdej chwili…, w delikatnych impulsach serca. Żeby się tylko nieokazało że jesteśmy zbytnio zajęci sobą. Dzisiaj wielu ludzi nie potrafi już czekać. Wykreślili adwent ze swoich kalendarzy, żyją szybko i intensywnie w oczekiwaniu na prezenty i świąteczne promocje. Brakuje nam tęsknoty za Bogiem. Świat oszalał w tej afirmacji siebie. Samotny człowiek przemierza ulice miasta i tęskni za rzeczami które są nie możliwe, dalekie i alienujące. Pozwólmy sobie na tęsknotę za Bogiem. Exupery napisał znane słowa: „Jeśli chcesz zbudować statek, naucz ludzi tęsknoty za odległymi morzami”. W tęsknocie znajduje się niewypowiedziana siła, która nas uzdalnia aby skutecznie ominąć te wszystkie fałszywe pragnienia. Zapytajmy siebie o naszą najgłębszą tęsknotę...Bóg za mną tęskni, czy ja potrafię zatęsknić za Nim ? To zadanie na adwent… odwagi !

    Maryja przewodniczka pod drogach Adwentu
Mt 24, 37-44
Jezus powiedział do swoich uczniów: Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. a to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o jakiej porze nocy nadejdzie złodziej, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie».
Dzisiaj wieczorem zabrzmi radosny hymn Akatystu do Bogurodzicy wprowadzający w nowy czas liturgiczny. Światło świecy rozproszy ciemność wieczoru i rozbudzi jeszcze bardziej świadomość, iż Pan jest blisko ! Adwent- jest niczym piękna tkanina; utkany z różnorodnych sensów i znaczeń: przyjście, oczekiwanie, tęsknota, radość, obdarowanie, a nade wszystko subtelna bliskość Boga. Posłużę się słowami Rahnera: „I znów jest adwent w Twym, Kościele Boże. Znów wracamy do modlitwy, tęsknoty, wyglądania, do pieśni nadziei i obietnicy. Wszelka niedola ludzka, wszelki niedosyt, całe wierzące oczekiwanie zbiega się znowu w tym jednym słowie: Przybądź ! Nie zwlekaj ! Bo przecież już przyszedłeś, przecież już rozbiłeś miedzy nami swój namiot. Przecież już podzieliłeś z nami całe nasze życie… Czy mógłbyś przyjść jeszcze bliżej, niż już przyszedłeś, wchodząc tak głęboko w naszą zwykłość, że nie umieliśmy Cię odróżnić do innych ludzi ? A jednak o Boże nasz, któryś nazwał siebie Synem Człowieczym, mówimy Ci wciąż, modlimy się ciągle: Przybądź !”  Adwent jest szczególnym momentem uchylenia niebios i zstępowania Emanuela do naszego życia, jak również czujności serca i wypatrywania znaków Paruzji. Za każdym razem przeżywam ten czas inaczej, stając naprzeciw minionych wydarzeń i próbując zgłębić te sprawy w taki sposób w jaki to uczyniła Maryja-ciągle świeży i aktualizujący. Dostrzegam i kontempluję w milczeniu największą z tajemnic chrześcijańskiej wiary. Zwiastowanie jest „początkiem naszego zbawienia i objawieniem odwiecznej tajemnicy: Syn Boga staje się Synem Dziewicy
i Gabriel głosi łaskę”. Nie zrozumiemy tego do końca, możemy jedynie poddać się zdumieniu. „Teologia zajmuje się sprawami nadprzyrodzonymi i ciągle napotka na tajemnice- pisał Newaman- których rozum nie może wyjaśnić ani do których nie można się przystosować…” Adwent jest podążaniem po niełatwych tropach wiary i odkrywaniem przenikającej serce Maryi radości z tego, że w Niej „Słowo stało się Ciałem”. Jest również drogą wątpliwości i wycofania świętego Józefa. Mocowania się z racjami rozumu które i tak poniesie klęskę pod naporem serca. Misterium fidei ! „Maryja jako osoba obdarzona wolnością nie jest biernym narzędziem. Nie jest Ona tylko łonem, przez które przechodzi Słowo, które staje się ciałem. Jej chwała nie polega jedynie na wykarmieniu własnym mlekiem Syna Bożego” (E.B. Siegl). W jakimś sensie wszystko, co staje się udziałem Dziewczyny z Nazaretu, staje się błogosławionym udziałem każdego chrześcijanina. Wyraża się to w postawie przyjęcia Chrystusa, jako największego daru. Maryja jawi się jako pierwsza współpracowniczka Boga, a za Nią podąża Kościół w tej charyzmatycznej i profetycznej misji. Obwieszczać zagubionemu światu miłość. Trzeba wyraźniej wpatrywać się w Nią, odkrywać Jej talent wiary- potencjał wielkich możliwości, postawę bycia dla Boga. W sercu adwentowych liturgii Oblubienica Kościoła i Baranka, będzie nas prowadzić w oświetlonym blaskiem świec- korowodzie ludzie szczęśliwych nad których domostwami zatrzyma się w pewnym momencie betlejemskie światło pokoju- zwiastujące- że On już przyszedł ! Hodegetria- „Ta, która wskazuje drogę”.
         Adwent dokonuje się w każdej Eucharystii
Mt 8,5-11
Gdy Jezus wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: „Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi”. Rzekł mu Jezus: „Przyjdę i uzdrowię go”. Lecz setnik odpowiedział: „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: «Idź», a idzie; drugiemu: «Chodź tu», a przychodzi; a słudze: «Zrób to», a robi”. Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: „Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary. Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim”.
W czasie Adwentu słowa setnika który błaga Chrystusa o uzdrowienie swojego sługi wybrzmiewają o wiele mocniej. Powiedzieliśmy sobie że adwent to tęsknota za Kimś bliskim. Najgłębiej ta tęsknota wypełnia się w doświadczeniu Eucharystii. Spotkanie z Bogiem dokonuje się w Sakramencie Kościoła- prawdziwie, namacalnie i bezpośrednio. Wydarzenie liturgii jest niczym innym jak tęsknotą za komunią, bezpośrednim pragnieniem Boga. Kapłan  ukazując wiernym Chleb eucharystyczny, który mają przyjąć w Komunii, najpierw zaprasza ich na ucztę miłości słowami św. Jana Chrzciciela: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1,29), „błogosławieni, którzy zostali wezwani na Jego ucztę” (Ap 19,9). Następnie wszyscy wspólnie odpowiadają posługując się słowami setnika z Kafarnaum, który błagał o uzdrowienie sługi- to słowa pragnienia i ludzkiej bezradności. „Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Setnik dobrze wiedział kim jest Chrystus, widział w Nim kogoś o wiele większego niż jakiegoś uzdrowiciela, zresztą takich było na pęczki. Był przekonany że słowo Jezusa wypowiedziane na odległość, mam moc uzdrowić, wskrzesić z martwych, czy wzbudzić świat na nowo do istnienia w płodnym akcie miłości. W misterium liturgii dokonuje się nasz adwent, przyjście Boga do naszego życia. Jak pisał o. Tomasz Kwiecień: „My słowami setnika wyznajemy, że Komunia z Jezusem jest naszym lekarstwem i że otrzymujemy o wiele więcej, niż wystarczyłoby do naszego uzdrowienia. Wyznajemy świętą rozrzutność Pana: wystarczyłoby słowo, a On daje wszystko ! Wie że nie jesteśmy wstanie wszystkiego przyjąć, ale i tak cały nam się daje !”. To jest adwent bliskości Boga odnajdującego swoje zagubione dziecko. „Adamie, gdzie jesteś ? – ten głód Boga żywego, szukającego człowieka w pierwszym raju, zaspokaja Komunia. Adam, człowiek lęku, zostaje w końcu odnaleziony, a Jezus, nowy Adam, wydobywa go, stawiając wobec doskonałej miłości, która usuwa wszelki lęk. Syn umiłowany pociąga nas ku Ojcu, wpierw odnalazłszy nas w otchłani: „Powstań wyjdź stąd ! Ty bowiem jesteś we Mnie, a Ja w tobie… Powstań, pójdźmy stąd ! – ze śmierci do życia, ze zniszczenia do nieśmiertelności, z mroków do wiecznej Światłości !”
                                         
Czuwajcie !

Mk 13,33-37
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Uważajcie i czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie”.
Wczoraj wieczorem rozpocząłem czas oczekiwania. Celebrowałem Eucharystię w ciemności, zapaliłem kolejno świece na mojej żydowskiej menorze. Wraz z każdą zapaloną świeczką, światło rozpraszało ciemności pomieszczenia, odsłaniało kontury twarzy, wypełniało ciepłem duszę zgromadzonej wspólnoty na modlitwie. Prosiłem dla siebie i bliskich mi osób w modlitwie o dar wiary i czujność serca. Aby nie być zaskoczonym czasem przybycia Chrystusa. Bóg naprawdę potrafi zaskoczyć człowieka i przyjść w takim momencie w którym najmniej się spodziewamy. Godzina powrotu Pana w dzisiejszej Ewangelii nie została określona. Jego przyjście może nastąpić nagle. Może pojawić się niespodziewanie… Nie chce zaspokoić naszej ciekawości kiedy, o której godzinie, a na pewno nie wtedy kiedy nam będzie pasowało. To będzie moment wielkiego zaskoczenia… Chrześcijanin ma być zwyczajnie gotowy, duchowa czujność musi nam towarzyszyć nieustannie. Czujnym jest ten, kto siebie nie usypia tabletkami, ani konsumpcją, czy zabawą która może pozbawić nas kontroli nad własnym życiem. Mam być jak słudzy którym wyznaczono zadania i wytyczono właściwe ścieżki. Mamy nasłuchiwać kroków przychodzącego Boga. To nie ma być moment wewnętrznie nas paraliżujący, jak Adama który schował się w ogrodzie rajskim w krzakach i wyczekiwał przeniknięty strachem, kiedy Bóg będzie spacerował, ponieważ wiedział, że to spotkanie i ten dialog, będzie stanięciem w prawdzie. On przychodzi jak Oblubieniec w nocy do swojej umiłowanej Oblubienicy- Kościoła aby ją „wziąć w swoje ramiona”. Oblubienica pełna miłości i tęsknoty będzie każdego dnia uchylać zasłony swej komnaty godowej aby wyczekiwać w świetle „Umiłowanego swej duszy”. Jak napisał o. Grun: „Nawet nieprzewidziane czuwanie jest dobre; gdy przebudzisz się kiedyś nocą i nie będziesz mógł zasnąć, nie opieraj się wtedy, skorzystaj z tej okoliczności, by czuwać świadomie. Wsłuchaj się w noc, w ciszę, w swoje serce ! Co Bóg chce ci powiedzieć ? Jakiego anioła posyła do ciebie, żeby objawić ci Radosną Nowinę ?”
                                                         
Znaki czasu
Łk 21,20-28
 Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie”.
Eschatologiczna wizja końca czasów, którą Ewangelia przed nami rysuje, w pierwszym odczuciu jest źródłem jakiegoś duchowego napięcia i lęku. Zjawiska atmosferyczne wzbudzające poruszającą grozę i przygodność świata której zwieńczeniem jest triumf Chrystusa Sędziego. Dokonuje się tutaj wielka refleksja  nad światem który zostaje oddany we władanie Boga. Należy tu przypomnieć o istotnej różnicy między eschatologią a apokaliptyką. Eschatologia idzie w refleksji w stronę rzeczy ostatecznych, definitywnych. Termin apokalipsa wywodzi się z greki, oznacza tyle co "usunięcie zasłony", czyli możliwość obserwacji realizacji Bożego Objawienia. Jedno i drugie pojęcie kieruje nas na wydarzenie, kieruje nasze spojrzenie na wydarzenie, które się urzeczywistnia dzięki wielkiej ingerencji Boga. "W potocznych wyobrażeniach religijnych panuje przeświadczenie, że Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, gdyż nagradza za dobro, a karze za zło, oddając każdemu według jego uczynków. To katechizmowe rozumienie nie oddaje biblijnego bogactwa odcieni znaczeniowych. Pojęcia tego nie można redukować do jego sensu jurydycznego, który ukazuje Boga jako Sędziego, stojącego na straży ustanowionego w świecie porządku moralnego. Biblia zna o wiele szersze i głębsze pojęcie znaczenia pojęcia sprawiedliwości, wykraczające poza koncepcję legalistyczną i moralną. Bóg jest "sprawiedliwym sędzią, który bada nerki i serce" (Jr 11,20). Czyni tak aby "każdemu oddać stosownie do jego postępowania, według owoców jego uczynków" (Jr 17,10). Sprawiedliwość Boża to jednak nie tylko wyrok potępienia lub kara zesłana na grzesznych ludzi, lecz również wyrok łaskawy i uwalniający (Jr 9,23; 23,6). Bóg sprawiedliwy jest również Bogiem miłosiernym (Ps 116,5-6; 129,3-4). Jego darem jest zbawienie." Piękne a zarazem mocne słowa wypowiedział kiedyś Antoni Bloom, brzmiały one tak: "gdyby Bóg był tylko sprawiedliwy to wszyscy byśmy byli w piekle", ale jest Miłosierdziem- Bogiem kochającym zranione przez grzech stworzenie.   2,17). Święty Paweł mówi o zdolności oglądania siebie z odsłoniętą twarzą, co już jest przygotowaniem do sądu, a Sąd Ostateczny polega właśnie na pełnej wizji całego człowieka. Wybitni ludzie ducha podkreślają ten wymiar sądu jako objawienie w pełnym świetle, nie zagrożenie karą, lecz Bożą Miłością. Bóg jest wiecznie tożsamy ze sobą, nie jest groźnym Sędzią, jest Miłością, i wówczas ta sama miłość subiektywnie "staje się cierpieniem dla odrzuconych i radością dla błogosławionych." Często boimy się że Bóg w momencie naszego sądu otworzy swój przenośny komputer odnajdzie plik z naszym imieniem i nazwiskiem, wtedy będzie widowisko prezentujące na samych. Zbyteczne będą te środki trochę uczłowieczające język Bożego sądu, każdy z nas zostanie dotknięty rzeczywistością prawdy, maski opadną, ludzkie kombinacje przestaną mieć sens, będziemy nadzy wobec Miłosiernej Miłości. Sąd Ostateczny będzie naszym osobistym sądem nad sobą. Pozostaje tylko mieć nadzieję że wszystko będzie dobrze.
                                             Prorok pustyni
J 1,19-28
Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: „Kto ty jesteś?” On wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: „Ja nie jestem Mesjaszem”. Zapytali go: „Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?” Odrzekł: „Nie jestem”. „Czy ty jesteś prorokiem?” Odparł: „Nie!” Powiedzieli mu więc: „Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie?” Odpowiedział: „Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz”. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: „Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?” Jan im tak odpowiedział: „Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała”. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu.
Jan Chrzciciel należy do szczególnych przewodników na drodze adwentowego zamyślenia. On nigdy nie zatrzymywał wzroku tłumów na sobie; ascetyczny, bezkompromisowy prorok prawdy, nieustannie wskazujący na to, że po nim przyjdzie ktoś „mocniejszy”. Jan to głos wołającego na pustyni, jego nawoływanie sprawia że serca ludzkie biją mocniej, trzęsą się posady ziemi, a pustynia z martwego siedliska demonów dzięki działaniu tego człowieka zostaje uświęcona postawą czytelnej świętości. Jego zadaniem jest przypomnienie o tym, że czas jest bliski, wywołanie postawy oczekiwania, skierowanie uwagi na kogoś większego. Jan wskazuje na Chrystusa który przychodząc nie będzie już chrzcił wodą zaczerpniętą z Jordanu, ale ogniem. „Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki !” (Mk 1,3). Na pustyni zabrzmiał adwentowy głos. Pustynia jest dla nas dzisiaj obrazem naszej zabieganej, nacechowanej samotnością i alienacją egzystencji. Mimo że jesteśmy z każdej strony bombardowani hałasem, przemocą, podniesionym cieśnieniem rodzącym się z ludzkiej obojętności, to mimo tych zjawisk dla wielu jest to pustynia. Nie chodzi o betonową pustynię naszych miast, blokowiska wypełnione pozbawionymi sensu życia młodymi ludźmi, którzy w akcie desperacji podejmują czyny samobójcze lub inne najbardziej szalone rzeczy... tylko po,  aby nie spotkać się ze sobą i znaleźć wyjście z trudnych sytuacji. Pustynia to obraz ludzkiej pustki, stanu duszy, zagubienia. Na tej pustyni skołatanych i bezradnych ludzkich serc, powinno się przygotować drogę Panu. „Jest już najwyższy czas, aby Kościół wybrał pustynię jako miejsce swojego przepowiadania- nie dlatego, aby uciekać od świata, aby uniknąć nieprzyjemnej rzeczywistości, lecz po to, aby nadać swojemu przesłaniu intensywność i głębię, odkryć niedwuznaczne oznaki słowa, które przychodzi z daleka i coś porusza”.
Mt 11,11-15
Jezus powiedział do tłumów: „Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je. Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy, niechaj słucha”.
Chrystus na kartach Ewangelii dokonuje niezwykłej rekomendacji człowieka. Jan Chrzciciel jawi się w przepowiadaniu jako postać wyjątkowa, charyzmatyczna, odgrywająca niezwykłą rolę „pomostu” pomiędzy przesłaniem Starego Testamentu a tym co się rozpocznie wraz z nadejściem Syna Człowieczego. Jan- Prorok adwentu, gwałtownik i Boży szaleniec pustyni. Wszyscy którzy proklamowali słowo Boga przed Nim, byli niczym widzący- dlatego proroków nazywano „widzącymi”. Jan jest nie tylko widzącym, ale staje się wielką tubą Boga. „Ta posługa świętego Jana pozwalała dopatrywać się w nim także poprzednika Paruzji. I w tym miejscu napotykamy najbardziej zagadkowy rys osobowości  Chrzciciela. Przyszedł w „duchu i mocy Eliasza” (Łk 1,17). Te dwie osobowości (Jan i Eliasz ) w zdumiewający sposób wyrażają tę samą duchową jakość- przybywają z głębi pustyni, ubrani w skóry zwierzęce, ale też w odzieniu synów światłości (por. 2 Krl 2,11-14). Solarny Eliasz na swoim wozie ognistym i święty Jan Chrzciciel- „lampa co płonie i świecie” (J 5,35).” Apostołowie pewnie zastanawiali się dlaczego nadejście Mesjasza nie było poprzedzone posługą Eliasza jako Poprzednika. Jezus udziela im czytelnej odpowiedzi, iż nie rozpoznali Eliasza w Janie. Według tradycji żydowskiej, prorok Eliasz jest „Pasterzem dusz”. Przyjmuje dusze zmarłych i wprowadza je do raju. Jest prefiguracją świętego Jana Chrzciciela który zwiastuje nastanie raju wraz z Wcieleniem Bożego Syna. Jan staje się gwałtownikiem, mężem wielkiej dojrzałości aż do złożenia po utratę głowy- męczeństwo. Jesteśmy w adwencie przynagleni do profetyzmu na wzór Jana, aby przywrócić światu świadomość nadejścia Pana. To żywe doświadczenie Boga i na miarę naszych możliwości próba ukazania światu Jego obecności. To stanięcie pośrodku zgiełku świata i wykrzyczenie na całe gardło ze wszystkich sił:
 
Marana Tha  – Przybądź Panie !   
                                               

 Usłyszeć głos Boga

J 1,6-8.19-28
Pojawił się człowiek posłany przez Boga, Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: „Kto ty jesteś?”, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: „Ja nie jestem Mesjaszem”. Zapytali go: „Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?”. Odrzekł: „Nie jestem”. „Czy ty jesteś prorokiem?”. Odparł: „Nie!”. Powiedzieli mu więc: „Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie?”. Odpowiedział: „Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz”. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: „Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?”. Jan im tak odpowiedział: „Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała”. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu.
III Niedziela Adwentu to Gaudete, czyli radość z bliskości nadejścia Zbawiciela. Teraz jeszcze mocniej będą wybrzmiewać słowa niezwykle podniosłego śpiewu Rorate coeli desuper – „Niebiosa rosę spuszczajcie z góry”. Tekst proroka Izajasza, wyraża oczekiwanie pełne miłości przez Kościół na przyjście Mesjasza. Chrześcijanie otrzymują błogosławieństwo jak rosę z nieba, ponieważ na wszystkich zstępuje z nieba Słowo Boże. Zstępuje Słowo Boże i nawadnia… jak powie św. Augustyn. Pierwsza część czasu oczekiwania kierowała naszą uwagę na przyjście Chrystusa na końcu czasów w wydarzeniu Paruzji. Teraz będziemy pochylać się nad przyjściem Chrystusa w ludzkim ciele, będzie to jednocześnie bezpośrednie przygotowanie naszych serc do wydarzenia Wcielenia. Słowo Boga zamieszka na ziemi, między nami, rozbije swój namiot. Chrystus stanie się „namiotem” Bożej obecności. Chwała Boga objawi się pośród ludzi. Najwyższy stanie się prawdziwie Emmanuelem, czyli Bogiem z nami. Jak powie św. Leon Wielki „Zniżył się z powodu naszej słabości do niezdolnych Go pojąć i pod osłoną ciała ukrył blask swego majestatu, bo wzrok ludzki byłby go nie wytrzymał”. Zanim skierujemy nasz wzrok na Pana który narodził się w Betlejem, potrzeba się jeszcze zmobilizować i zebrać wszystkie siły aby dobrze się przygotować na Jego narodzenie. Należy uważnie wsłuchać się w głos Proroka z pustyni- Jana człowieka posłanego przez Boga który przyszedł aby zaświadczyć o światłości. Wiele już słyszeliśmy o Janie Chrzcicielu, ale najbardziej charakterystycznym rysem Jego osobowości jest odwaga świadectwa. Człowiek oddalony gdzieś daleko od miejsc zamieszkałych. Szaleniec Boga- swoją odwagą, bezkompromisowością, jasnością świadectwa, potrafił przyciągnąć tak wielu pozbawionych sensu życia ludzi. Jednocześnie jawi się jako postać niezwykle pokorna, transparentna: „Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską”. Prorok jest głosem Boga. Nasz wiek jest epoką obrazów i wszechogarniających zewsząd dźwięków. Jesteśmy bombardowani obrazami od rana do wieczora, egzystujemy w  przestrzeni pędzących ludzi ze słuchawkami w uszach, zagłuszających samotność byle jakim dźwiękiem, aby był głośny i zabijał ciszę. Człowiek wydaje się przemierza życie w pośpiechu, łapczywie szukając sensu i celu, wrzucony w świat szuka wartości i ścieżek które będą mogły nadać wartość jego myśleniu, działaniu i percepcji świata. Nie ma wątpliwości, że wkraczamy w epokę, w której obraz i dźwięk zaczyna dominować nad słowem pisanym, muzyka kształtuje nas i wywiera wpływ na naszą wrażliwość i sposób przeżywania emocji. Dzisiaj wielu współczesnych ludzi podnosi głos w mniej lub bardziej ważnych sprawach. Wielu krzyczy na agorach nowoczesnych areopagów o sprawiedliwość, pokój itd. Wielu ludzi krzyczy, niektórzy nawet tak bardzo iż przeradza się to w jakiś monolog zranionego człowieka lub bełkot obrażonego tłumu. Głosy ludzi wpadają nam do ucha i wypadają. W galeriach słyszymy nieustanne zachęty przez megafony do zakupu promocyjnych towarów. Każdy nam cos komunikuje. Polityczne wiece, kulturalne salony dla elit, podniosłe demonstracje itd. Wszędzie rozbrzmiewa paraliżujący nasze bębenki głos. Z tego transferu wszechobecnych dźwięków dobiega jeden, który nie może pozostawić nas w obojętności. „Prostujcie drogę Pańską”- słyszysz te słowa, czy ciągle udajesz głuchego ? Jest jedna droga najważniejsza którą trzeba przemierzyć, na której nie można minąć się z Chrystusem. Ten głos Proroka rozbrzmiewa wśród obojętności świata. Budzi drwiny, niezrozumienie, pogardę. Święta do których ludzie się przygotowują to nie czas Nativitatis Domini, tylko fajerwerków, świecidełek, odartego z przyzwoitości Mikołaja, coca coli itd. „Bogiem świąt” dla wielu ludzi będzie wystrojony dom, rozpakowane prezenty, zabity karp i napchany brzuch. Później usłyszymy tylko głos zmęczenia: „święta, święta i po świętach”- czyli Boże Narodzenie niewierzących. Jan nazywa siebie głosem rozpraszając wszelkie nieporozumienia dotyczące swojej osoby. „Prekursor wskazuje na przybycie Bohatera, nie chce skupiać uwagi na sobie. A kiedy „Nieznany” pojawi się w okolicy, wzywa swoich słuchaczy i swoich uczniów, aby poszli za Nim”. Każdy z nas ma być głosem, nawołujący do przemiany życia, obwieszczającym normalność i radość z bliskości Boga. Mamy żyć i głosić z taką mocą aby inni patrząc na nas powiedzieli że to nie możliwe aby Boga niebyło.
  
 
Niepokalana
 Łk 1,26-38
Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”. Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”. Na to rzekła Maryja: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!”
W Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, Ewangelia zaprasza nas po raz kolejny do kontemplacji sceny Zwiastowania. To wydarzenie
z jednej strony jakoś misteryjne, a zarazem bardzo intymne... pełne emocjonalnej głębi, delikatności i przekraczającej rozum siły oddziaływania. Mistyka spotkania Człowieka i pomysłu Boga. Tu wszystko jest osłonięte tajemnicą spotkania woli Boga, i pełnej dojrzałości zgody Maryi. Oblubienica zachowana od zmazy grzechu pierworodnego jako jedyna z córek Ewy. Nowa Ewa- przebóstwiona łaską Oblubienica.  Maryja zostaje przeniknięta łaską, ocieniona Mocą z Wysoka... napełniona „Nasieniem Boga”- Duchem Świętym. Wybraną ze wszystkich kobiet ziemi do misji urzeczywistnienia pomysłu Boga. Bardzo często na chrześcijańskim Wschodzie "Liturgia Zwiastowania nazywa to wydarzenie- początkiem naszego zbawienia i objawieniem odwiecznej tajemnicy oraz ogłasza Dziewicę "świętą świątynią i łonem macierzyńskim większym od nieba". W swojej homilii na święto Zwiastowania Mikołaj Kabasilas ukazuje całą pełnię piękna odpowiedzi Niewiasty z Nazaretu: "Wcielenie  było nie tylko dziełem Ojca, Jego Mocy i Jego Ducha, ale także dziełem  woli i wiary Dziewicy. Bez Jej zgody, bez współpracy wiary, ekonomia ta byłaby tak samo nie do spełnienia, jak i bez działalności samych Trzech Boskich Osób. Tylko nauczywszy i przekonawszy Maryję, Bóg mógł wybrać Ją sobie na Matkę i przyjąć od Niej ciało, które Ona zgodziła się Mu dać. On pragnął, aby Matka zrodziła go tak samo dobrowolnie, jak i On dobrowolnie się wcielił". Jej wypowiedziane Bogu "Tak", staje się słowem mocy, obietnicy i światła...wobec bardzo wielu wypowiadanych ludzkich "nie". Wiara chrześcijanina to ciągłe uczenie się odpowiadania "tak" nawet jeżeli kosztuje to rezygnacją z siebie, kiedy świat wciska postawę negacji, absurdu, braku poczucia sensu... zgoda na wiarę, sakralizuje życie. Bo nawet jeśli się człowiek pomyli, zagubi i porani, to Bóg będzie pamiętał o wypowiadanym z pokorą "tak". Każdy człowiek ma w swoim życiu epizod zwiastowania, taki swój osobisty, gdzie staje propozycja współpracy, zachęty, inspiracji i doświadczenia łaski. To moment dotknięcia przez Boga, który może coś zainicjować lub pozostać tylko w pamięci jako wydarzenie którego nie potrafiłem udźwignąć, ponieważ się bałem. Maryja staje dziś przed nami i uczy nas postawy wyjścia ku przygodzie wiary.

         II Niedziela Adwentu- z pustyni rozbrzmiewa głos Boga



Mk 1,1-8
Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka Izajasza: „Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego”. Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym”.
Jak ten czas płynie. Rozpoczynamy drugi tydzień Adwentu. Słowo o konieczności nawrócenia rozbrzmiewa z pustyni i dobrze koresponduje z tematem nowego  roku duszpasterskiego. Przepowiadanie Jana Chrzciciela ma ogromną moc uczynić z pustyni rozkwitający ogród. Już wcześniej mówiliśmy że miejscem adwentu jest pustynia. W takim miejscu można zderzyć się z pustką, obcością, poczuciem lęku i wszechogarniającym brakiem życia. Siedlisko szarańczy, skorpionów i wijących się jak fale wydm piasku. Z drugiej strony to miejsce bezludne staje się przestrzenią- wzmacniaczem dla Słowa które przynosi życie. Pustynia jest miejscem interwencji Boga, tam najczęściej wyprowadza człowieka aby przemówić do serca i zdrowego rozsądku. Przez doświadczenie pustyni przechodzi sam Chrystus, pokazując że kiedy człowiek zmierzy się ze swoimi lękami i pokusami, po nich może przyjść tylko śmierć lub rozkwit życia- metamorfoza wnętrza. „Jeśliby życie wokół mnie zamieniło się w pustynię, muszę pamiętać że jest to czas próby”. A Bóg zbliża się o wiele bardziej do ludzi poddanych próbie. Współczesne malarstwo jest wypełnione motywem pustyni, surrealistyczne, pełne ekscentryczności, naszpikowane metaforami oraz symbolicznymi wizjami, zaczerpniętymi z otchłani świadomości obrazy Salvadora Dali. Z pustyni wyrastają dziwne przedmioty i groteskowe postacie. Zasadę dowolnych spotkań przedmiotów, hipertrofii lub atrofii ich części stosuje artysta z wielką pomysłowością. „Wszystko to, co pokazuje w swych obrazach, jest cielesne, substancjalne, dotykalne, ale często substancje rzeczy zostają zamienione w sposób perwersyjny”. Przedmioty stają się miękkie, ciało staje się twarde jak z blachy, lub następuje dekonstrukcja świata którego fiksacji dokonuje ludzkie oko. Analiza snów i wyobraźni odkrywa ze świadomością bardzo tajemną sferę podświadomości. Jest to źródło irracjonalnych myśli, ukrytych pragnień i niepojętych dla rozumu wzlotów, które zostają wtopione w materię sztuki. Dla Heideggera człowiek jest zawsze w sytuacji historycznej, jest w świecie i zawsze z innymi. Bez jakiegokolwiek uzasadnienia stawia tezę: „człowiek spadł nie wiadomo skąd i został rzucony w absurdalność świata. Żyje w świecie pełnym trosk, co utrudnia jego poznanie; jest roztargniony, unika siebie samego i staje się przedmiotem anonimowym, bezosobową cząstką społeczeństwa. Świat jest zbudowany z trosk i sztucznych konstrukcji, dlatego ludzkie „ja” jest uchwytne tylko na tle niebytu, nicości. Nicość jest bardziej realna niż złudny, kłamliwy świat. Tylko wolność jest nieograniczona- zdaniem filozofa, i przeciwstawia się śmierci. Na pustyni człowiek czuje się „bogiem bezsilnym”. Dopiero w takim środowisku wychodzi cała prawda o nim samym. Wędrujesz przez wydmy piaskowe i na przestrzeni dziesięciu kroków nogi zapadają się pod ziemię, a po chwili człowiek zapada się po pas- totalna bezradność. „Mają rację mistycy muzułmańscy, którzy twierdzą, ze pustynia stwarza możliwości rozwoju „kultu własnego jestestwa wewnętrznego”. Przemierzanie tych obszarów samotności uwalnia człowieka od chęci przypodobania się ludziom, do dostosowania własnego oblicza i własnych gestów do gustów widowni”. Na pustyni jesteśmy skazani tylko na siebie, obnażeni z egoizmu i chęci popisywania się, czy kreowania fałszywego obrazu siebie. To sprawia że jesteśmy najbliżej spotkania się z prawdą o sobie, czasami bolesną ale jakże terapeutyczną. Tu dokonuje się nawrócenie człowieka, chrzest w Duchu i Prawdzie. Wtedy nabierają głębokiego sensu słowa ojców pustyni: „Kiedy nauczysz się żyć bez ludzi, wówczas ludzie zobaczą, że nie mogą żyć bez ciebie”. Tam mocne słowa Jana Chrzciciela muszą rozerwać wszystkie krępujące łańcuchy. Wyzwolić w sobie ogromny, a stłumiony potencjał duchowy… odkryć na nowo łaskę chrztu. Ważne jest wyjście na pustynię, opuścić schematy myślenia, porzucić skrupulatnie zapisany kalendarz, wyjść na otwartą przestrzeń w której można wykrzyczeć z całych sił ból swojej duszy. Wyłączyć komputer, zaryglować „okno na świat”, a wejść w świat Boga. Nie bójmy się porzuceń tych spraw do których przywykliśmy, dać czas który nie posiadam Bogu. Pamiętajmy Pan nadejdzie z pustyni. On nie zatracił czasu przechadzania się. I czy to będzie pustynia, piasek, autostrada, galeria, gdy Bóg przychodzi, to dlatego że kogoś szuka.
III Niedziela Adwentu
Iz 35, 1-6a. 10
Niech się rozweselą pustynia i spieczona ziemia, niech się raduje step i niech rozkwitnie! Niech wyda kwiaty jak lilie polne, niech się rozraduje, skacząc i wykrzykując z uciechy. Chwałą Libanu ją obdarzono, ozdobą Karmelu i Szaronu. oni zobaczą chwałę Pana, wspaniałość naszego Boga. Pokrzepcie ręce osłabłe, wzmocnijcie kolana omdlałe! Powiedzcie małodusznym: «odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, by was zbawić». Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło wykrzyknie. Odkupieni przez Pana powrócą, przybędą na Syjon z radosnym śpiewem, ze szczęściem wiecznym na czołach; osiągną radość i szczęście, ustąpi smutek i wzdychanie.
Jest coś fascynującego w biblijnym krajobrazie pustyni, rozpościerający się bezkres piasku i poczucia samotności, bezradności oraz niemożliwości uczynienia czegokolwiek. Wszystko wokół jest zależne od Boga przesypującego piasek podmuchem wiatru lub rozdzierającego niebiosa i hojnie spuszczającego życiodajny deszcz. Na pustyni człowiek zaczyna rozumieć swoją pozycję, znaczenie, odkrywa istotę własnego życia. „Pustynia otwiera się dla tych, którzy zdejmują sandały pośpiechu i boso wędrują powoli, pozwalając by piasek parzył i gładził ich stopy”(A. Pronzato). Tam trzeba naprawdę poczuć się samotnym, aby po pewnym czasie umieć świętować radosne nadejście Pana. Trzeba odkryć w sobie człowieka wiary- uchrystusowionego; w tym pomaga doświadczenie pustyni. Z pustyni chrześcijanin wychodzi umocniony, duchowo zagruntowany, przysposobiony do wejścia w ciało świata. „Ludzie Boży są solą, która utrzymuje istnienie świata”- przekonywał Orygenes. Maryja również przeszła przez pustynię- poczuła spieczoną i ciernistą ziemię, a Jej serce uczyło się jak pogodzić radość z przyjęcia Życia ze świadomością cierpienia, które będzie musiał przejść Ten, którego nosiła w swoim dziewiczym łonie. Prorok Izajasz zwiastuje niebywałą wieść: pustynia przemieni się w cudowny ogród. Wszystko rozkwitnie i będzie cieszyć oczy. Myślę w tym miejscu o całych rzeszach atletów pustyni przemierzających połacie szaleńczej pustki, a ostatecznie dochodzących do miejsca, gdzie Bóg uczynił ich serca rajem. „Doświadczenie Boga jest więc doświadczeniem stałej nowości, która utrzymuje duszę w stanie zadziwienia” (T. Spidlik). Wszystko jest tak nieprawdopodobnie w proroczej i na wskroś idealnej wizji przyszłości. Świat w którym zostanie usunięty cień śmierci i lęku…, gdzie zniwelowane zostaną jakiekolwiek defekty. Czy to nie jest zachęta dla chrześcijan, aby przeobrażać rzeczywistość wokół siebie siłą dobra i promieniowaniem miłości ? „Chrześcijanie gdy widzą przybysza, wprowadzają go do swojego domu, cieszą się nim, jak prawdziwym bratem…”- pisał wczesnochrześcijański myśliciel Arystydes z Aten. Poczucie komunii z innymi, radość obdarowania rysująca się na twarzach, sprawia już teraz, że pustynia naszych miast może przemienić się w oazę szczęścia.  A kiedy nadejdzie Pan i odgłos Jego kroków rozbrzmiewać będzie z wieczności,
to jednego możemy być pewni- tego, że próbowaliśmy jałową ziemię, przemienić na powrót w pełen harmonii Eden. Pełnia, którą jest Chrystus przychodzący triumfalnie, dokona ostatecznej synergii- nastanie dzień w którym wszyscy ludzie będą  „Jego ludem, a On będzie Bogiem z nami”. W tym dniu wszystko zostanie odwrócone i serce świata zostanie przepełnione pokojem. Miał rację o. Bułgakow pisząc: „Cel historii prowadzi poza historię, do życia przyszłego wieku, a cel świata prowadzi poza świat do „nowej ziemi i nowego nieba”. Człowiek i całe stworzenie zmartwychwstanie w Chrystusie i w Nim uświadomi sobie swoją naturę. Dopiero wówczas zakończy się stworzenie świata, dokonywane przez wszechmoc Bożą w oparciu o stworzoną wolność”. Za nim to nastąpi będziemy odczuwać napięcie i mozolnie artykułować modlitwę pragnienia: Przyjdź i przemień ten świat !
  
IV Niedziela Adwentu


Na to Maryja rzekła: Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa ! Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38).
Dobiega końca czas Adwentu. Została zapalona ostatnia świeca na wieńcu, to znak że narodzenie Chrystusa jest blisko. Warto zadać sobie pytanie: jak przeżyliśmy ten czas… czy Ewangelie słuchane być może z większą uwagą, jakoś wewnętrznie nas zaintrygowały, poruszyły i otworzyły serca na tajemnicę Wcielenia ? Każdy pewnie musi sam, dojrzale i odpowiedzialnie udzielić sobie tej odpowiedzi. Będę mało skromny i przyznam się do tego, że większość postanowień i duchowych ćwiczeń udało mi się przeprowadzić. Pewnie nie o ćwiczenia czy zmagania duchowe dobrze zrealizowane tu chodzi, ale o spotkanie z Miłością. Dzisiaj mogę stanąć zadowolony i kontemplować Maryję w tak odważnej decyzji życiowej. „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś miedzy niewiastami." Słyszymy echo tych cudownych pozdrowień, którymi zostaje obdarowana młoda Dziewczyna z Nazaretu. Błogosławiona, napełniona łaską, ocieniona Duchem Świętym. To wielkie misterium wybrania i obdarowania, Maryja otwiera się wielki plan Boga. Być może nie tak wyobrażała sobie swoją przyszłość, a tu takie zadanie, stać się Matką Bożego Syna. Umysł nie jest wstanie tego pomieścić, tu trzeba kontemplacji dla Jej wypowiedzianego "TAK". Niewiasta zawierzenia uczy nas wypowiadania przekonywującego dla świata "tak" zgadzam się na wszystko, oddaję się do dyspozycji Bogu, która ma dla mnie ciekawszy plan. Każdy chrześcijanin w Niej, może uczyć się tej bezinteresownej otwartości na wielki dar łaski. Każda kobieta może podpatrywać Ją w jej pięknej kobiecości otwartej na macierzyństwo i wydanie na świat Życia. Wejścia w intymne życie Boga. W Ewangelii epizod Zwiastowania bezpośrednio poprzedza scenę nawiedzenia. Maryja nie zatrzymuje się w miejscu po, to aby cieszyć się łaską przywileju wybrania. Natomiast wyrusza do krewnej Elżbiety, która stanie się uczestniczką tej radości. Maryja po spotkaniu z Bogiem, idzie na spotkanie z innymi. Jej powołanie nie zamyka Jej w domu, lecz wysyła na ulicę. Maryja niesie w sobie tajemnicę, która wydarzyła sie w Jej wnętrzu. "Wkrótce milczenie przemieni się w pieśń, a Słowo stanie się przemieniającą świat mocą. Maryja odpowiedziała na Boże oczekiwanie. Teraz jest gotowa odpowiedzieć na oczekiwanie ludzi. To co, wydarzyło się w Jej wnętrzu staje się przesłaniem- Ewangelią. Bóg powraca, aby powiedzieć "tak" światu, ponieważ zdecydowane "tak" Maryi przeważyło nad tyloma ludzkimi "nie"." Dzięki Niej Chrystus wchodzi na drogi świata, wchodzi do życia każdego z nas którzy mamy odwagę wypowiedzieć nasze "Tak".

                                         Narodzenie Pańskie
                                           Światłość Logosu
1 J 1,5-2,2
Umiłowani: Nowina, którą usłyszeliśmy od Jezusa Chrystusa i którą wam głosimy, jest taka: Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności. Jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą. Jeżeli zaś chodzimy w światłości, tak jak On sam trwa w światłości, wtedy mamy jedni z drugimi współuczestnictwo, a krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu…
Bóg który zszedł na ziemię przechodząc przez łono ziemskiej Kobiety napełnił świat światłością. To światło wypełniło mury świątyń, czyniąc przestrzeń chrześcijańskiego „domu”- miejscem epifanicznym. „Miłość- pisał św. Tomasz z Akwinu- nie pozwoliła Bogu pozostać samotnym”. Zstąpił On ku ludziom i napełnił ich serca blaskiem i ciepłem miłości. Jak trudno pojąć to świetlane i pełne łaski misterium. „Lęk ogarnęło piekło, bo Stwórca staje się sercem stworzenia”, a Gwiazda Betlejemska ogłosiła Słońce Sprawiedliwości zrodzone z Dziewicy: „Przez niezachodzące Słońce i Stworzyciela, który na niebie niezmierzoną światłość, stałaś się świątynią. Boża Oblubienico i nieskalana Dziewico”- akcentuje liturgia wschodnia. Wraz z Maryją otuloną światłem i przebóstwioną, do tej synergii zostaje zaproszony Kościół. Teraz już Chrystus jednoczy w sobie jako Głowie wszystko, doprowadza do końca wszystko. „Nic nie jest poza Nim. Wcielenie zarazem podtrzymuje świat jako stworzenie Boga, ale i tajemniczo wstrząsa światem jako uwikłanym w przemoc, kłamstwo i ułudę. Świat jest wytrącony z letargu w swym porządku logicznym i koniecznym, przenikniętym śmiercią. On buntuje się przeciw Wcieleniu, odrzuca swą metamorfozę. Światło jaśnieje w ciemnościach, ale ciemności, nie mogąc go zgasić, nie przyjmują go… Przy narodzeniu Bóg i człowiek zamieniają się jakby swoim życiem. Boski zalążek, moc ostatecznej metamorfozy, wszedł w świat. Bogoczłowieczeństwo dokonane w Chrystusie, proponowane ludziom, wszystkiemu nadaje cel…” (O. Clement). Ten proces przemiany świata odsłania ikona narodzenia Chrystusa. Ikona nie ukazuje historycznej narracji z Betlejem, nie ma tu reportażu zaspokajającego ciekawość; lecz jest teologicznym traktatem wskazującym na ustąpienie symbolicznych ciemności świata i zajaśnienie Światłości. „Kłaniamy się Twemu Narodzeniu Chryste, daj nam ujrzeć Twoja Boską Teofanię”. Jego światłość wyznacza punkt zbieżny w ikonie, aby całą kompozycję skierować na Jego przyjście. W następstwie tego otrzymujemy subtelną grę światła i ciemności. Tylko przez takie skontrastowanie nasz racjonalny i obciążony mnóstwem pytań może zedrzeć zasłonę niepoznawalności i przybliżyć oczy duszy ku „Światłości nieznającej zachodu”.Z ciemną grotą ostro kontrastują promienie światła „spadającego z wysokości”, które są reminiscencją hymnu Zachariasza- jaśnieją „tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają” (Łk 1,7). Gwiazda bożonarodzeniowej ikony ogniskuje na sobie spojrzenie i emanuje strumieniem światła w kierunku Przedwiecznego złożonego w ciemnościach groty. Gwiazda oznacza tę, którą ujrzeli utrudzeni wędrówką mędrcy ze Wschodu. Wchodząc głębiej w symbolikę- to gwiazdą jaśniejącą na nieboskłonie jest sam Chrystus. „Światłość w ciemności świeci”. Komentuje to w swojej homilii św. Ambroży: „Gwiazda jest widzialna jedynie przez mędrców, nie widać jej tam, gdzie mieszka Herod; tam gdzie przebywa Chrystus, znowu staje się widzialna i wskazuje drogę. Zatem ta gwiazda to droga, droga- Chrystus, ponieważ w tajemnicy wcielenia Chrystus jest gwiazdą, bo „wschodzi z Jakuba, a z Izraela podnosi berło”. Zatem gdzie jest Chrystus, tam i gwiazda, On bowiem jest „Gwiazdą świecącą poranną”. Tak więc wskazuje na siebie swoim własnym światłem”. Wychodzący promień z gwiazdy dzieli się na trzy blaski, wskazując obecność Trzech Osób Boskich w ekonomii zbawienia. Narodzenie dziecięcia jest Teofanią Boga. Na zewnątrz groty usytuowana została Maryja. Jest Ona przyodziana w purpurę, zmęczona po bólach rodzenia, odwrócona plecami do swojego dziecięcia. „Witaj, Gwiazdo, zwiastująca nam Słońce”. To za Nią wzeszła Światłość, którą w skrytości i ludzkiej ograniczoności kontempluje ziemska Matka. Finałem tej ikonograficznej wizji jest spowijająca wszystko radość wypisująca się na twarzach adorujących aniołów. Oni dostrzegają już świat przemieniony. „Jego światłość jest już światłością Paruzji… Ikona objawia wszystkim tę eschatologiczną światłość świętych, jest promieniem Ósmego Dnia, świadectwem rozpoczętej eschatologii” (P. Evdokimov). Niech Chrystus narodzony rozpromieni nasze dusze swoim światłem, abyśmy już widzieli nie jakby w zwierciadle- ale w  prawdziwej bliskości- światłości Logosu !

Święta Rodzina
Łk 2,22-40
Gdy upłynęły dni Ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, Rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: „Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu”. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”. A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu… A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim.
Każdemu z nas w różny sposób objawia się przeżywany w tym czasie sens Bożego Narodzenia. Objawia się najczęściej przez to, cośmy sami przeżyli. Bardzo często takiemu przeżyciu towarzyszą wspomnienia z dzieciństwa, tej najbardziej ciepłe, zachowane w pamięci i poruszające serce, kiedy tylko do nich powracamy. Najczęściej myślimy o naszej Rodzinie, kochanych rodzicach, rodzeństwie, kolebce naszego dzieciństwa. Powracają wszystkie sytuacje w których codzienność była przenikniętą miłością najważniejszych osób w naszym życiu. Dzisiaj liturgia odsłania przed nami Rodzinę szczególną: Jezusa, Maryję i Józefa. W tej uroczystości objawia się jakaś wielką mądrość Kościoła. Zostaje ukazana najbardziej ważna i delikatna wspólnota osób, w której najmniejszy człowiek zostaje otoczony miłością, poczuciem bezpieczeństwa i troską. Bóg w tajemnicy Wcielenia wchodzi w ludzką rodzinę, czynią ją wzorcem do naśladowania dla każdej innej rodziny, bez względy na upływ czasu, zmieniające się nurty wychowania czy prądy ideologiczne. Potrzeba nam takie wzorca, szczególnie dzisiaj gdzie programowo niszczy się rodzinę, podkopuje się jej autorytet- marginalizując prawa rodziców i naruszając najbardziej fundamentalną strukturę jaką jest rodzina złożona z rodziców i dzieci. Ewangelia wskazuje na bardzo ważny wątek i jednocześnie charakterystyczny element Świętej Rodziny. Pierwszy to dojrzałe, piękne w swoim przekazie człowieczeństwo, zdolne do wielkiego macierzyństwa i ojcostwa. Józef który nie jest fizycznym ojcem Jezusa, przyjmuje Go jako swoje dziecko- usynawia, w tym przejawia się wielkość mężczyzny. Drugi aspekt to głęboka wiara i zaufanie Bogu. Rodzina wszystko czyni zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. Rodzice Jezusa i On sam są wierni tradycji Izraela i zaświadczają o swoim przywiązaniu do ludu, do którego należą. Przynoszą Dzieciątko Jezus do Świątyni aby je przedstawić Bogu. „Ze złożonej ofiary wydobywa się nowe światło. Jest to światło które płynie z posłuszeństwa woli Ojca. Posłuszeństwo to polega na całkowitym oddaniu się Bogu, co wyraża się w dziewictwie trzech osób tworzących Świętą Rodzinę oraz w ubóstwie ofiary, którą są dwa gołębię; Święta Rodzina pozwoliła się ograbić Bogu i ludziom” – pisał Balthasar. W świątyni dokonuje się objawienie tożsamości Jezusa- „Światła na oświecenie pogan”, gdzie wraz z Jego nadejściem dokonuje się zbawienie. Symeon bierze Jezusa w objęcia a wraz  z nim każdy z nas, na tym polega wiara. Wziąć i przyjąć Boga do swojego życia. Na tym polega misja każdej rodziny, rodziców przyjąć dar życia, stworzyć przestrzeń do rozwoju i sprawić aby weszło w życie Boga. Pamiętajmy dzisiaj o rodzinach w których została zniszczona miłość, gdzie słychać płacz dzieci, a twarzy nie rozpromienia uśmiech szczęścia. Pamiętajmy o rodzinach rozbitych, o rozwiedzionych małżeństwach o tęsknotach i wewnętrznym cierpieniu tych ludzi. Módlmy się o taką miłość w ludziach jaką mieli Maryja i Józef, chroniąc najcenniejszy skarb – Dzieciątko Jezus.

                                                  Ucieczka do Egiptu            

  

Mt 2, 13-15. 19-23
Gdy mędrcy się oddalili, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał dziecięcia, aby Je zgładzić». On wstał, wziął w nocy dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. 
W przeżywanie radosnych obchodów Narodzenia Pańskiego wpisane jest również poczucie cierpienia i lęk o bezpieczeństwo Małego Dziecięcia. Ewangelia zwiastuje nam radość przeplecioną niepokojem oraz ludzkim poczuciem zazdrości i przemocy. Wizyta Królów- Mędrców u Heroda, wzbudziła w nim poczucie niepewności o utrzymanie władzy. Stąd postanowił zgładzić zapowiedzianego w proroctwach Mesjasza. Despotyczny władca- porywczy, rozmiłowany w okrucieństwie, nie dopuszczał jakiejkolwiek myśli że ktoś może zająć jego uprzywilejowane miejsce. Jego panowanie było naznaczone krwią i przemocą porównywalną do wielu późniejszych imperatorów rzymskich. „Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu o którym się dowiedział od Mędrców”. Chrześcijaństwo w ofierze tych niewiniątek dostrzegało pierwsze ziarno które zostało zasiane w urodzajnej glebie Kościoła. Wspomina o tym Prudencjusz w swoim hymnie na Święto Epifanii. Zabite niemowlęta to „kwiaty męczenników”, pierwsi wyznawcy, „pierwsza ofiara” dla Chrystusa, pierwociny pojawiające się na wiosnę ewangelicznej łaski. Jezus został cudownie uratowany od tego herodowego szaleństwa. Czy to pokorne Dziecię mogło tak bardzo zaszkodzić obsesyjnemu tyranowi ? „Mój Bóg potrafi zająć ostatnie miejsce- pisał ks. Hryniewicz. Jest Bogiem pokornym, zdolnym do uniżenia, wręcz bezbronnym wobec ludzkiej wolności, a przecież przemożnym w swoim umiłowaniu ludzi i ostatecznie zwycięskim. Jego mocą jest miłość, On przekonuje i przemienia…” W obliczu ogromu zła, poczucia ludzkiej niepewności, płaczu pozostawionych i nieutulonych dzieci,  pozostają spulchnione łzami prześladowanych- słowa układające się w modlitwę o miłość. Miłość wzbijającą człowieczeństwo ku górze, wskrzeszającą świat z poczuciu absurdu i bezsensownej spirali zła. „Lepiej zapalić jedną małą świeczkę niż przeklinać ciemności”- powiedział mądry rabin. Rozniecić w sobie płomień miłości i oświetlić nim drogę drugiego człowieka- szczególnie tam gdzie dobro zostało zatarte. Święty Józef odkrył w sobie światło dzięki przynagleniu Boga. Pokornie usłuchał anioła i wyruszył w niebezpieczną drogę do Egiptu- gościnnej ziemi.  Rodzice wyruszyli w drogę z Dzieckiem. Osioł był równie mocno zdeterminowany, co jego właściciele. Szli zapewne szlakiem karawan starając się unikać miejsc niebezpiecznych . „Autorzy apokryficznej Ewangelii Dzieciństwa Zbawiciela, wzruszeni smutnym losem tej biednej podróżującej trójki, opowiedzieli nam urocze legendy. W jednej widzimy, jak Najświętsza Maryja Panna siedząc pod palmą ma ochotę zjeść kilka  jej owoców, ale dosięgnąć ich nie można; wtedy Dziecię Jezus rozkazuje drzewu, by się nachyliło, a chcąc je nagrodzić za posłuszeństwo obiecuje mu, że anioł zabierze jedną z jego gałęzi do raju i tam ją zasadzi, tak aby odtąd liście palmy mogły służyć błogosławionym do chwalenia Boga, scena ta jest przedstawiona na rzeźbie w chórze paryskiej katedry Notre- Dame, a także na witrażach w Lyonie i w Tours. Druga legenda opowiada, jak dwóch rabusiów ulitowawszy się nad nędzą Józefa i Maryi dostarcza im żywności: jeden z owych bandytów to nie kto inny jak dobry łotr, któremu Jezus na krzyżu przyrzeknie niebo; tę scenę wyobraża emalia z Cluny” (D. Rops). Zagęszczenie tych pobożnych narracji upiększa pełną dynamiki fabułę losów Świętej Rodziny. Ich strapienia są w jakimś stopniu strapieniami wielu współczesnych rodzin; niepewność, troska o byt, poszukiwanie bezpiecznego miejsca zamieszkania. Wszyscy jesteśmy w drodze- ewangeliczni tułacze, z uchem przystawionym ku wieczności i łapczywie wypatrujący znaków Boga. Kończę to rozważanie słowami pociechy Małego Brata Jezusa: „Nie ma takiej chwili w naszym życiu, w której nie moglibyśmy rozpocząć nowej drogi”.


Boża Rodzicielka
Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu… (Łk 2,16- 21).
 Witaj, gwiazdo Słońce nam ukazująca,
 Witaj, łono Boskiego wcielenia,
 Witaj, przez którą stworzenie się odnawia,
 Witaj, przez którą Stwórca dzieckiem się staje.
 Witaj, Oblubienico Dziewicza.  ( Akatyst )
Na początku nowego roku kalendarzowego w przepływającym jak strumień rytmie liturgii Kościoła spotykamy Maryję Bożą Rodzicielkę. To nowy czas który jest nam dany, jakby w zamierzeniu miały być przeniknięty obecnością Matki. Każdy z nas potrzebuje matczynego ciepła, potrzebował go Chrystus wchodząc w ciemność i zimno tego świata. My też mamy takie tęsknoty i pragnienia, nie jesteśmy od nich wolni. Potrzebujemy miłości Matki, Tej która zrodziła Dawcę Życia. Trudno jest autentycznie i z prawdziwą skromnością mówić o Matce Bożej. Wszystko, co Jej dotyczy, ma w sobie coś z tajemnicy. Maryja której macierzyńska rola rozszerza się od Dzieciątka Jezus, na wszystkie dzieci- na wspólnotę wiary- Kościół. Ona jest nie tylko niewiastą z niewiast ale nade wszystko Niewiastą w swym dziewiczym macierzyństwie. Bowiem cała ludzkość w dziewicy Maryi zrodziła Boga i przez to jak powie wielu teologów, stała się nową Ewą- Życiem, która rozpościera płaszcz miłości na wszystkie dzieci- przyjaciół Jej umiłowanego Syna. „Samo imię Theotokos- Matka Boga- zawiera całe misterium ekonomii zbawienia”, mówi św. Jan Damasceński. To Jej człowieczeństwo, ciało stało się ciałem Chrystusa. Ona jest pierwszą z córek Ewy, która zrealizowała ostateczny cel, dla którego został stworzony świat i przez Nią została uwielbiona cała Trójca. Niewiasta zawierzenia która położyła w sercu stworzenia największy dar jaką jest Miłość Wcielona. Maryja przyjęła Słowo do własnego ciała. Mikołaj Kabasilas mówi, że za nim Bóg znalazł matkę, był jak król na wygnaniu, jak człowiek bez ojczyzny. Tylko dlatego, iż Maryja zgodziła się na wielki pomysł Wszechmocnego, wyrażony przez usta archanioła, Bóg mógł przyjąć ciało, wejść w historię ludzką, odnowić świat od wewnątrz i przywrócić na nowo w ludziach pragnienie raju. Bóg znalazł matkę dla swego Syna. Znalazł niewiastę która nie została ubezwłasnowolniona w swojej decyzji, ale w całkowitej wolności podjęła realizację wielkiego zamysłu. „Przygotował” ją, uformował tak, aby była godna. Maryja jest arcydziełem Boga. Pokorna, piękna i kobieca w całej pełni. Dzisiaj pragniemy powierzyć jej drogi naszego życia, niepewności, znaki zapytania, przyszłość… Zapraszamy Ciebie Matko, bądź z nami w każdy czas, wspieraj i ratuj nas.
Przytulaj w chwilach próby i pokus. Bądź naszą Matką.
          Logos
J 1,1-18
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga, Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego, którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: „Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie”. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył.
„Na początku było Słowo…” Niezwykle enigmatyczne jest stwierdzenie świętego Jana, czy można tu mówić o jakimś początku w czasie, czy może raczej o samym akcie Boga Ojca który wypowiada odwiecznie istniejące w Nim i wraz z Nim- Słowo- swojego umiłowanego Syna Jezusa Chrystusa. Słowo to Ktoś, nie jakieś tylko pojęcie zaczerpnięte z filozofii greckiej zręcznie wplecione w przekaz Ewangelii. Prolog nam mówi o preegzystencji Logosu, odwiecznie obecnego jednego z Osób Trójcy Świętej. Ten Drugi- Syn Człowieczy, przyjmujący na siebie los człowieczego świata, przeżywając go w pełni świadomie i odpowiedzialnie tak jak ziemskie dzieci. Trzeba właściwie uchwycić misterium komunii która się dokonuje w przepływającym życiu Boga. Słowo stało się Ciałem- Odwiecznie istniejący, Nieogarniony przyjmuje ludzkie ciało i staje się jednym z nas, będąc jednocześnie Sabaoth. „Oto Bóg, który nie zamyka się w swym bóstwie, nasz Bóg wcielony, niebawem ukrzyżowany i zmartwychwstały. On, Słowo, które podtrzymuje świat, staje się dzieckiem bez słowa wśród bezsłownych zwierząt. On, zarzewie ognia, zamyka się w ciemnościach groty. Któregoś dnia albo raczej nocy, nocy świetlistej, gdy ciemności zostaną przemienione, poderwie się ze śmierci niczym ogromny, skrwawiony i promienny ptak, umocniony ptak- ludzkość, przemieniony ptak – świat. Dziś jest to jeszcze słaby ptak o podkurczonych skrzydłach, ale Maryja czuwa nad Nim w milczeniu, nosząc wszystkie te rzeczy w swoim sercu. Paradoks właśnie nie do pomyślenia. My rodzimy się we krwi matczynej, co jest znakiem, że przychodzimy na świat, aby umrzeć. Jezus rodzi się w sposób dziewiczy, aby pokonać śmierć i dać nam udział w swoim zwycięstwie”. Słowo wchodzi w historię przemieniając ją od wewnątrz światłem łaski, wkracza w życie każdego człowieka, na tym polega cała ekonomia zbawienia. Bóg staje się tak bardzo bliski, ten który powołał świat do istnienia, ożywił go swoim życiodajnym tchnieniem, uczestniczy jako Bóg- Człowiek w jego przepływającym życiu. Bóg jest tak blisko każdego z nas, szczególnie wtedy kiedy z wiarą otwieramy się na Niego w liturgicznym spotkaniu. Kiedy pożywamy Jego prawdziwe Ciało i pijemy Krew. Wyrażają to słowa popularnej kolędy: „I my czekamy na Ciebie, Pana. A skoro przyjdziesz na głos kapłana. Padniemy na twarz przed Tobą. Wierząc, żeś jest pod osłoną Chleba i wina”. Słowo rozbija swój namiot, to znaczy jest obecne w sanktuarium naszego serca, Bóg czyni nasze wnętrza zamieszkałymi. Przyjęty z wiarą i miłością, czyni nas uczestnikami łaski i dziećmi światłości. Dopiero w tej obecności Obecnego, sami stajemy się obecni, naprawdę chciani, usensownieni w swojej egzystencji i prawdziwie kochani.

                    Objawienie- kurierzy przynoszący dar wiary...


Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski ? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon (Mt 2,1-2).

          W Uroczystość Objawienia Pańskiego każdy chrześcijanin wyrusza w duchową drogę aby odnaleźć narodzone Dziecię i ofiarować Mu cenny dar. Nie wiem jaki to będzie dar, nie chodzi o coś przeliczalnego na pieniądze. Najłatwiej byłoby opróżnić bankomat i w ostentacyjnym geście przekazać wypchaną kopertę banknotów. Niektórzy myślą że w taki sposób zafundują sobie Niebo. Nic bardziej mylnego... Bóg nie potrzebuje sponsorów, donatorów, błyskotliwych pochlebców i słodkich samochwałów. Pragnie jedynie widzieć bijące- kochające człowiecze serce. Mamy być pokornymi kurierami przynoszącymi skarb wiary w naczyniach naszych serc. Idziemy wraz za Mędrcami którzy porzucili swoje wygodne siedziby, przestrzenie intelektualnych poszukiwań, zmagań, pewników i poczucia pewności. Odczytali znaki i wyruszyli w drogę pełną przygód. Nosili już od dawna tęsknotę za Królem który zmieni oblicze świata. Wędrowcy którzy na trwałe zapisali się w ikonografii chrześcijańskiej, w rzeźbiarskiej scenerii szopek, stając się tym samym bliscy ludzkim pytaniom o bliskość Boga. My również jesteśmy nomadami wiary, spragnionymi cudu, nieustannie poszukującymi Boga. Czasami boimy się wyruszyć z naszych wygodnych nisz życiowych ku niewiadomej spotkania… „Dla człowieka wierzącego Bóg nie jest przedmiotem, który można by włożyć do kieszeni, lecz osobą, której nie można znaleźć raz na zawsze, której się ciągle pragnie. Ludzie wierzący to lud, który wędruje przez pustynię ku Bogu”. Im bliżej jesteśmy poznania Boga, tym bardziej czujemy niedosyt, odległość, dystans który zamiast się skracać- wydłuża się coraz bardziej i bardziej. Poszukiwanie Boga staje się pragnieniem niezaspokojonym, połączonym z ogromem egzystencjalnego trudu zrodzonego z wędrówki pod gwiazdami. Tak naprawdę to On nas poszukuje, nie rezygnuje z nas nigdy, nie porzuca drogi z której my schodzimy w pogoni za wygodą i ciekawością przynoszącą duchowe obumieranie. Pięknie napisał Ferid Ed- Did Attar: „Przez trzydzieści lat szukałem Boga, a kiedy na końcu mojej drogi otworzyłem oczy odkryłem że On tam na mnie czekał”. W grocie pasterskiej Syn Człowieczy czekał na człowieka, nie chciał się tylko przedstawić i zamanifestować ubóstwo, ale aby spojrzeć w oczy wędrowców i każdego obdarować miłością. Święty Ambroży pisał o tych którzy złożyli wizytę Dziecięciu: „Śpieszą, by ujrzeć Słowo. Gdy bowiem widzi się ciało Boże, widzi się i Słowo, to znaczy Syna”.  On stał się bezbronnym Dzieckiem, by każdy z nas stał się wreszcie dojrzałym w wierze. Urodził się w żłóbku, by każdy z nas mógł stanąć przy ołtarzu; zstąpił na ziemię, aby każdy z nas mógł wznieść się do gwiazd; nie miał miejsca; aby każdy z nas miał mógł otrzymać gotowe mieszkanie w niebie. Jest za co złożyć Bogu dziękczynienie.
W ikonografii chrześcijańskiej od najdawniejszych czasów dwie sceny Narodzenie Dzieciątka i hołd złożony przez Magów łączą się w jedno, a możemy przykłady tej sceny odnaleźć na mozaikach i sarkofagach z V wieku. Ewangelista Mateusz powiada, że Mędrcy nie mieli kłopotu z interpretacją znaku. Wiedzieli, iż zobaczyli gwiazdę Pana całego świata (Mt 2,2), którego narodziny miały zaważyć na dziejach całego świata. Proroctwa mesjańskie były więc w jakiś sposób znane. Toteż Ojców Kościoła nigdy nie dziwiła wiedza Magów, zdumiewała natomiast ich wiara. „Lecz kim są owi magowie, czyż nie tymi, którzy jak historia poucza pochodzą od Balaama, który przepowiedział, iż wnijdzie gwiazda z Jakuba. Są więc oni nie mniej dziedzicami jego wiary, jak i jego rodu. On widział gwiazdę w duchu, Oni oczami ją widzieli i uwierzyli”. Magowie potraktowali Gwiazdę jako znak, który z jednej strony wzywa do interpretacji, z drugiej zaś stanowi wyznanie wiary. Interpretacja wymaga wiedzy, wiara zaś porywu duszy. Wiara kazała im odczytać ją jako znak poszukiwania. W rękach Magowie przynoszą  dary dla Króla Niebios. Złoto, które jak podaje Ewangelia- złożył Mag o imieniu Baltazar, symbolizowało wówczas bogactwo, piękność i chwalebność. Wiązano je wówczas z adoracją królewską. Ten podarunek był wyrazem czci dla Króla Królów. Mędrcy jak pisze św. Leon Wielki- „zanim jeszcze wyruszyli w uciążliwą drogę, już pojmowali, kogo zwiastuje im znak niebieski. Stąd też zrozumienie ich, że złoto należy mu złożyć w daninie jako Królowi”. Kadzidło które złożył Melchior, palono na Wschodzie jako znak ofiary, wyraz uwielbienia kogoś dostojnego-bóstwa. Mirra przyniesiona przez Kacpra, był to cenny balsam, używano go jako wonność do namaszczenia zwłok. Żydzi mieszali mirrę z winem, uzyskując narkotyk który miał uśmierzać ból. Taki napój podsunęli Chrystusowi w chwili agonii na krzyżu żołnierze rzymscy. Wskazywał on na śmierć. Syn Boży zrodzony według ciała, poniesie śmierć w tym ciele, zostanie pogrzebany i zmartwychwstanie. Można te dary zinterpretować w kontekście jeszcze w aspekcie przekazu moralnego, słowami nieznanego wczesnochrześcijańskiego autora: „Przez złoto oznaczona jest mądrość. Przez kadzidło wyrażona jest moc modlitwy. Przez mirrę z kolei dana jest figura uśmiercania naszego ciała. Narodzonemu więc Królowi złoto ofiarujemy, jeśli błyszczymy przed Jego obliczem, odbijając jasność niebieskiej mądrości. Kadzidło ofiarujemy, jeśli przez święte oddanie modlitwom spalamy na ołtarzu serca myślenie cielesne, ażebyśmy dostąpili tego, że przez niebiańskie pragnienie wydawać będziemy słodką woń dla Boga. Mirrę ofiarujemy, jeśli przez wstrzemięźliwość uśmiercamy występki ciała. Mirra bowiem sprawia że martwe ciało nie gnije. Gnicie zaś martwego ciała oznacza wysługiwanie się tego śmiertelnego ciała zalewowi rozkoszy. Mirrę więc ofiarujemy Bogu, kiedy balsamem wstrzemięźliwości zachowujemy to śmiertelne ciało od zgnilizny rozpusty.”
Symboliczna treść podarunków złożonych Bogu-Człowiekowi miała na celu oddziaływać   na całe pokolenia chrześcijan, również na nas współczesnych abyśmy potrafili składać dar ze swojego życia, aby dokonywał się w nas wzrost wiary w Tego, Który przyszedł aby odnowić cały świat. Największym prezentem jaki możemy złożyć to nasza otwartość na Niego. Bóg pragnie być przyjętym i pokochanym.
Chrzest- kąpiel wieczności
Chrzest- to sakrament mojego narodzenia do wiary. Warto podjąć uważną refleksję nad momentem swoich narodzin, te fizyczne trudno pamiętać..., swoich kochanych rodziców trzeba pytać. Pomyśleć o moim zaistnieniu jako człowieka wierzącego, o początku przygody jaką jest łaska wiary. Najcudowniejszy moment w życiu człowieka kiedy się jest w łonie swojej mamy, pływa się w wodach płodowych, czerpie się pokarm i ciepło. To naturalne środowisko staje się przestrzenią rozwoju i wzrostu. Tak podobnie jest z innym łonem w które zostajemy włączeni to Kościół-Matka. W jej wodach zostaje nam udzielone życie, to narodziny w Bogu który czyni mnie przybranym swoim dzieckiem, co za godność… jakie wybranie! Jesteśmy w tym matczynym łonie zanurzeni aby narodzić się,  jako nowe stworzenie. Chrzest staje się „kąpielą wieczności”, odrodzeniem, całkowitym odnowienie tworzywa ludzkiego bytu na obraz Boga. Jest to uzdrowienie naszej natury po grzechu Adama, uzdrowienie i obmycie w miłości Jezusa. Jak powie jeden z teologów wschodnich: „Sakrament chrztu wyraża symbolicznie całą krzywą zbawienia: potrójne zanurzenie obrazuje triduum i zstąpienie do piekieł; wynurzenie jest powrotem do Dnia, który nie zna końca. Wartość wody chrzcielnej płynie z oczyszczającej krwi Chrystusa, a u progu nowego życia znajduje się Krzyż. Odrodzenie następuję z wody i Ducha Świętego”. Ojcowie Kościoła powiedzą że, Kościół wznosi się na wodach… początkiem świata jest woda, a początkiem Ewangelii Jordan. Jordan uważano za świętą rzekę i granicę Ziemi Świętej, oddzielającą ją od gór Moabu i pustyni jordańskiej. To obmycie było dla Żydów znakiem przyjęcia wiary, święte obmycia rytualne były często praktyką, dlatego Jan Chrzciciel obmywał wodą za znak nawrócenia. Wielu pogan którzy w Starym Testamencie doświadczając nawrócenia przychodziło najpierw aby przystąpić do obmycia w Jordanie lub znanej z kart Ewangelii sadzawce Siloam, nad którą to Jezus uzdrowił niewidomego do urodzenia. Podobnie w chrześcijaństwie ale już w innym sensie teologicznym, każdy katechumen zanurzony, czy polany wodą staje się chrześcijaninem, to znaczy należącym do Chrystusa. Od tego momentu swoim życiem ma wyrażać postawę gotowości do walki ze złem świata, wyrzekać się jednocześnie mocy nieprzyjaciela jakim jest demon. Biała suknia w którą się przyobleka ma od tej pory symbolizować powrót do stanu edenicznego, niewinności i łaski. Namaszczenie ma być wyrazem wybrania, obecnej w nim mocy kapłańskiej i prorockiej Chrystusa. Po tym fakcie możemy tylko jedno słowo wypowiedzieć z głębiny naszego serca: WIERZĘ- ponieważ z Chrystusem zostałem zanurzony w wodach Jordanu, z Nim kroczę przez życie... wraz z Nim zostałem przybity do Krzyża, i wraz z Nim wejdę do Raju w misterium Zmartwychwstania. Amen.
Chrzest- wejście w misterium Kościoła
"Daj mi Panie Boże żyć jeszcze troszeczkę, ponieważ jeszcze nie jestem do końca ochrzczony, woda chrzcielna jeszcze nie dotarła wszędzie, gdzie dotrzeć powinna. Jeszcze we mnie jest tak dużo starego poganina". „Jestem chrześcijaninem z metryki”, bardzo często można usłyszeć taki tekst od wielu ludzi. „Rodzice wbrew mojej woli przynieśli mnie do chrztu, nie prosiłem oto”. To są często smutne słowa, tak jakby wypowiadający je rozmówcy do końca nie wiedzieli o co, tak naprawdę chodzi. Często brakuje świadomości samym rodzicom którzy przynoszą swoje dzieci aby mogły stać się uczestnikami tych rzeczywistości które są przywilejem a nie koniecznością, zapożyczoną z tradycji. W ważnych decyzjach życiowych a szczególnie takich jak sakrament chrztu, nie można wyłączyć świadomości.
W czasie obrzędu prezbiter stawia fundamentalne pytanie: „O co prosicie Kościół Boży dla swoich dzieci ? Rodzice odpowiadają „O chrzest”. Po tej deklaracji następują słowa upomnienia, które mają wskazać na wymiar odpowiedzialności jaki na nich spoczywa, na wagę danego zobowiązania. To nie jest tylko zwykła formuła, to świadectwo ich życia, środowisko w którym ma dojrzewać człowiek do wiary w taki sposób, aby nigdy Kościół  nie stał się dla niego reliktem, a wiara przeżytkiem. Dlatego takie mocne słowa: „Drodzy rodzice, prosząc o chrzest dla swoich dzieci, przyjmujecie na siebie obowiązek wychowania ich w wierze, aby zachowując Boże przykazania, miłowali Boga i bliźniego, jak nas nauczył Jezus Chrystus. Czy jesteście świadomi tego obowiązku ? Rodzice odpowiadają: „Jesteśmy tego świadomi”. Świadomość…, świadomość i jeszcze raz świadomość. Chrzest to nie tylko piękna tradycja osadzona w kulturze religijnej narodu, nasza okazja do świętowania . To nie tylko kolejne wydarzenie rodzinne dzięki któremu towarzystwo może się spotkać przy stole i wypić wódkę. To misterium miłości Boga do człowieka. To start z pakietem w którym człowiek otrzymuje życie Boże, i gwarancję tego że Ktoś o nim pamięta i kocha go za darmo i wiecznie. „Bóg powołuje nas, chrześcijan, abyśmy byli w świecie Jego objawieniem przez miłość. Chrzest jest Bożym sposobem uzdolnienia nas do miłowania samego Boga. Dokonuje się to przez zanurzenie w Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu Chrystusa.
Chrześcijanie są jak ryby w wodzie tak w starożytnym Kościele św. Ambroży określał  wyznawców  którzy przez sakrament chrztu zostali włączeni w nurt życia. Bóg w chrzcie otwiera swoje miłujące serce, odsłania je i z niego wylewa miłość. Tak jak to uczynił na drzewie krzyża, kiedy z Jego przebitego boku wypłynęła krew i woda, źródło łaski dla każdego. W takiej sytuacji wobec takiego faktu, wsparty wiarą człowiek może powiedzieć jedynie: „Wierzę Panie! Wspomóż niedowiarstwo moje !”(Mk 9,24). Jeden z teologów napisał: Chrzest jest „kąpielą wieczności”, a przez to całkowitym powrotem do źródła, gdzie na nowo zostaje mu przywrócony obraz Boży. „Jest to odrodzenie naszej natury Adamowej, którą Chrystus odnowił przez swe dzieło zbawienia. Śmierć-pogrzeb i życie- zmartwychwstanie zostają przeniesione do symbolizmu chrztu. Woda chrzcielna czerpie swą moc sakramentalną z oczyszczającej Krwi Chrystusa; w ten sposób Krzyż znaczy próbę nowego życia”. Można pójść jeszcze dalej w tej refleksji: „odkąd zostaliśmy ochrzczeni, dusza nasz oczyszczona przez Ducha jaśnieje bardziej niż słońce i nie tylko wpatrujemy się w chwałę Pańską, ale otrzymujemy jej odblask”- komentuje św. Jan Chryzostom. „Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne minęło, a oto wszystko stało się nowe”. (2Kor 5,17). Nie jesteś już poganinem, wszystko w tobie jest nowe, szlachetne i świeże. Pozwól aby Bóg wydrążył w twoim sercu studnię, aby została wypełniona wodą życia.

Wielki Post- czas próby


            Wielki Post to kolejny czas próby. Jak pisał ks. Pasierb „Tu objawia się- kiedyś po raz pierwszy, później co roku- twarda prawda o konieczności wzięcia na siebie krzyża, jeśli chcę naprawdę iść za Jezusem”. Początkiem tej drogi staje się archaiczny obrzęd posypania  głów popiołem. To mało higieniczny akt, ale jakże wymowny. Uświadomimy sobie naszą małość, znikomość i przygodność, tylko w takiej pokornej postawie można podjąć jakąś poważną rewizję życia. „Prochem jestem”- który Bóg bierze w swoje dłonie, któremu może nadać swoim ożywczym tchnieniem dar życia - „z prochu powstałeś”. Jednocześnie ten proch zmieszany z wodą staje się błotem, który Chrystus będzie chciał położyć na nasze oczy, abyśmy zobaczyli inaczej swoje życie, w świetle Jego uzdrawiającego słowa, to jest Ewangelii. „Chcę wyprowadzić oblubienicę na pustynię i mówić do jej serca…” Te słowa z Ozeasza pięknie oddają istotę czasu który będziemy przeżywać. Człowiek spragniony wychodzi na pustynię aby odnaleźć źródło, odpowiedzieć sobie na najbardziej nurtujące pytania, które niepokoją serce. Te odpowiedzi przynosi czas nawrócenia, wielkopostnej wędrówki wraz z Panem, tu liturgia i tradycja próbuje w gestach, znakach i symbolach uchwycić to co, niezauważalne, doprowadzić do tęsknoty za Bogiem i przemiany życia. Myślę już teraz intensywnie, o postanowieniach, drobnych motywacjach do dobra, sposobie uczynienia przestrzeni wokół siebie bardziej przyjemnej dla innych...,wrażliwość serca, zdolność piękniejszego kochania, lub zwyczajnej- bardziej ludzkiej postawy życzliwości. Co tu dużo rozprawiać, trzeba nawrócenia... Tak łatwo się mówi innym nawróć się, zmień swoje życie, zacznij jeszcze raz. To trudne zadanie wymaga poświęcenia i odwagi wyjścia z Jezusem na pustynię. Pięknie pisał św. Jan Klimak: "Nawrócenie i uznanie swojej grzeszności jest córką nadziei i odrzuceniem rozpaczy". Nie jest ono zwątpieniem, ale otwartością serca i tęsknotą za wyjściem z trudnej sytuacji duchowej. Nawracać się to znaczy patrzeć w górę, na miłość Bożą, a nie w dół, na swe wady i przewinienia; nie wstecz, z wyrzutami do samego siebie, ale ku wolności, jaką daje Chrystus ukazując grzesznikom miłość przez chwalebne stygmaty cierpienia. "Czynić pokutę, to widzieć nie to, kim się nie stałem, ale kim przez łaskę Chrystusa ciągle jeszcze mogę się stać". To otwartość serca na duchowe przeobrażenie które się dokonuje mocą miłosiernej miłości. To odkrycie w sobie piękna, przyobleczenie szaty godowej, a nie brzydoty, brudu i lęku. Wiara w ostateczne zwycięstwo dobra w moim życiu. Może będzie i  taki moment że człowiek będzie płakał, bo uświadomi sobie wielki dar przebaczenia i swoją małość wobec przytulających go dłoni Boga. "Łzy bez strachu- (pisał św. Ambroży), mówią o winie, łzy wyznają występek bez naruszenia skromności, łzy nie proszą o przebaczenie, ale je otrzymują. Najpierw należy płakać, a potem prosić. Zresztą ci płaczą, na których Jezus spogląda. Gdy po raz pierwszy Piotr się zaparł, nie płakał, ponieważ Pan na niego nie spojrzał. Kiedy zaparł się po, raz trzeci Jezus spojrzał i ów gorzko zapłakał."  Wielki Post to czas duchowej wiosny, a nie przygnębienia i martwoty, które wyrażają trafnie słowa św. Pawła „…zawsze nosimy w sobie umieranie Jezusa, aby i życie Jezusa okazało się w nas […] wyglądamy na umierających, a oto żyjemy […] na smutnych, a zawsze jesteśmy radośni” (2 Kor 4,10; 6,9-10). Jako życie w ciągłym nawróceniu, nasza chrześcijańska droga to jedynie udział w Getsemanii i w Przemienieniu, w Krzyżu i Zmartwychwstaniu. Jako puentę pozostawiam modlitwę św. Efrema Syryjczyka „Panie i Władco żywota mego, ducha próżności, rozpaczy i rządzy władzy i pustosłowia nie dopuszczaj do mnie. Duchem zaś czystości i rozwagi, pokornej mądrości, obdarz mnie sługę swego. O Panie i Królu, spraw, abym widział moje przewinienia i nie osądzał brata mego, albowiem błogosławiony jesteś na wieki wieków. Amen”.
         Wielki Post- czas pojednania
W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem. On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą (2 Kor 5, 20-21).
Czas biegnie nieubłaganie; jeszcze niedawno wnosiliśmy uroczyście figurkę Dzieciątka Jezus- kontemplując misterium Wcielenia, a dzisiaj ogołoceni przez słowo Boga wychodzimy na pustynię. Wielki Post- to czas wędrówki i zmagania, mistycznej egzaltacji i dosięgania głębin własnej grzeszności, którą niejednokrotnie odkrywamy w sobie jako nasz oścień. Za każdym razem kiedy próbuję reżyserować sobie ten czas duchowej wiosny; zawsze wychodzi inaczej niż sobie założyłem. Kiedy pragnę odnaleźć w sobie „grzesznika- pokutnika”, Bóg pokazuje mi krajobrazy szczęścia. Znowu kiedy zaczynam czuć się bezpieczny w moim mieszkaniu wiary- natrafiam na chropowaty krzyż. Wielu ludzi błędnie uważa, iż czas Wielkiego Postu, to tylko mocowanie się z sobą. Rekolekcyjni kaznodzieje często utwierdzają nas w tym przekonaniu, naklejając niewidzialna etykietkę następującej treści: Jesteś grzesznikiem. Niech umrze w tobie grzech ! To są ważne treści, ale nie można skoncentrować się tylko na pokajaniu i wyrzucaniu sobie wszystkich świństw. Kiedyś jedna kobieta zrobiła mi taki wyrzut. „Proszę księdza. Chciałabym kiedyś przyjść do kościoła i usłyszeć z ambony choć raz, że Bóg mnie kocha. Ciągle tylko czuję się mieszana z błotem- wiecznie tylko o tej grzeszności”. Wielu ludzi w swojej codzienności, każdego dnia dźwiga różne krzyże- czują ich ciężar i gorycz. Dokładając im koleje poprzeczki- można przyczynić się do duchowej depresji. „Człowiek jest istotą sprzeczną i paradoksalną, mieszczącą w sobie krańcowe przeciwieństwa. Jest on istotą wzniosłą i upadłą, słabą i silną, wolną i zniewoloną. Jego korzenie są w niebie, w Bogu, ale i w otchłani, w „meonicznej” wolności, bezdni” (J. Krasicki). Tylko takie spojrzenie umożliwia realistyczne widzenie siebie, a jednocześnie zanurza naprawczo w nurcie łaski, którą udziela Bóg. Post, to czas łaski- duchowego wzrostu, podźwignięcia się wzwyż; uchwycenia w sobie wewnętrznego piękna i poczucia, że Bóg jest szalenie we mnie zakochany. Ta nasza wędrówka przez pustynie, musi mieć swoje postoje- małe oazy wytchnienia i spokoju. Reżyser Andrzej Tarkowski napisał mądre słowa: „Dokądkolwiek się wybieramy, zawsze w gruncie rzeczy będziemy szukali własnej duszy.” Mamy poszukać swojej duszy, to znaczy mojego własnego wewnętrznego świata w którym Bóg Ukrzyżowany i Zmartwychwstały, dokonuje naszego duchowego odrodzenia. W tym czasie mamy odpocząć, wyciszyć się…, przestać biec na oślep. „Odpocząć. To znaczy począć się na nowo”- pisał Norwid. Wydobyć z siebie nowego człowieka, narodzonego z Ducha Świętego. Tak powinno wyglądać powstanie z kolan. Jest takie mądre opowiadanie zaczerpnięte z mądrości chasydów. Rabbi Bunam powiedział do swoich uczniów: „Każdy z was powinien mieć dwie kieszenie i w razie potrzeby sięgnąć do jednej albo drugiej; a w prawej kieszeni leżą słowa: Dla mnie stworzono świat, a w lewej: Jestem pyłem i prochem”. Na tym polega chrześcijańska metanoia; odkryć w sobie człowieka, który jest chwałą Boga. A z drugiej strony potrafi zobaczyć siebie jak proch- nicość, kogoś kto bez Boga jest bezradnym i zagubionym dzieckiem. Uchwycenie środka tak rozumianej antropologii, przewraca wszystko i odnawia życie wiary. Aby to wszystko ogarnąć umysłem i sercem, trzeba się przybliżyć do Krzyża. Podkreślam stanowczo, nie chodzi o dewocyjny doloryzm, czy sentymentalną wycieczkę w przeszłość na Golgotę. Nie powinno być miejsca na „gorzkie żale”. Chodzi o krzyż, który zostaje wbity w sam środek mojego serca. Baranek, który na nim zawisł, poi mnie strugami swojej miłości- taka jest prawda o Krzyżu. Z tej perspektywy rozpościera się krajobraz ocalenia. Bóg doświadczył odrzucenia i wyniszczenia, abyśmy zrozumieli na czym polega bezinteresowna miłość. Jak powie w swojej katechezie św. Cyryl Jerozolimski: „Nie umarł wbrew swej woli ani też nie został ofiarą przemocy, ale uczynił to dobrowolnie… Z własnej woli przyjął na siebie mękę, radując się wspaniałym dziełem, ciesząc się przyszłym triumfem i weseląc z powodu zbawienia ludzi. Nie wstydził się krzyża, bo przezeń dawał życie światu…” Nastał czas duchowej wiosny. Nie bądźmy smutni, przygnębieni czy osieroceni. Odkryjmy Krzyż, który emanuje światłem. Krzyż, który wyzwala od zwątpienia i bezradności. „Krzyż jest początkiem nieba”- tylko po nim możemy się wdrapać wyżej.
Przyjąć Krzyż 
Łk 9,22-25
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”. Potem mówił do wszystkich: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie ?”
Już na samym początku wielkopostnej drogi nawrócenia, staje przed nami konieczność przyjęcia krzyża. Nie ma chrześcijaństwa bez krzyża. „Słowo Krzyża tym, którzy giną, jest głupstwem” (1Kor 1,18)- napomina św. Paweł. To nic innego jak skandal. A jednak wśród tych, dla których Krzyż był szaleństwem i zgorszeniem, byli ludzie wielkiego formatu ducha, radykalni, bezkompromisowi świadkowie miłości (Możemy dzisiaj o takich męczennikach usłyszeć z mediów, zobaczyć ich odcięte głowy w bestialskich mordach, okaleczeni niesprawiedliwością, niezachwiani wyznawcy Chrystusa- wierni do końca). Ludzie którzy odkryli duchowy sens, filozofię cierpienia i potrafili zaprzeć się samych siebie. W mądrości Krzyża jest coś o wiele głębszego i jak najbardziej pozytywnego. To nie tylko cierpienie, osobisty trud…, a nawet więcej niż śmierć. Słowo Krzyża jest głupstwem dla tych, którzy giną, ale dla tych, którzy zbawienia dostępują „jest mocą Bożą”. Dzisiaj świat ze swoją destrukcyjną mądrością, krzykiem demona przygniecionego ciężarem drzewa łaski, będzie rozbrzmiewał: „Nie chcemy, żeby ten- Ukrzyżowany- królował nad nami” (Łk 19,14). „W świecie Boga zatem wszystkie wartości są przewartościowane. To, co ludziom się wydaje mądre, szlachetne i silne, u Boga jest głupie, pospolite i słabe. A to, co ludzie uważają za bezsilne i głupie, u Boga jest wszechmocne i arcymądre. Tym przewartościowaniem wszystkich ziemskich wartości i poznaniem jedynie prawdziwych wartości jest krzyż. Krzyż stanowi bramę do rzeczywistości wyższej, a nawet do jedynie prawdziwej  rzeczywistości. A ponieważ życie jest tylko tam, gdzie jest rzeczywistość, tak też i krzyż jest przejściem do jedynie prawdziwego życia.” W czasie Wielkiego Postu, będziemy mieli okazję częściej spoglądać na krzyż, wcale nie chodzi tu o religijny sentymentalizm, emocjonalne wzruszenia…, czy pełne pasji przeżywanie drogi krzyżowej. Bardziej chodzi, aby krzyż odcisnął się w naszym sercu, aby stał się śladem Miłości która przechodzi przez nasze życie, czyniąc je lepszym. Trzeba dźwignąć ciężar krzyża, poczuć jego chropowatość, musi sprawić ból…, aby mógł stać się tajemnicą naszego zbawienia.
http://img2.blogblog.com/img/icon18_edit_allbkg.gifCzas nawrócenia serca
Udziel, Panie, Twemu słudze prawdziwych owoców pokuty, aby świętemu Kościołowi Twemu, od którego jedności odszedł przez grzech, przez przyjęcie łaski przebaczenia, wolny od grzechu został przywrócony. (Sakramentarz Gelazjański)
Panie i Władco żywota mego, ducha próżniactwa, rozpaczy, żądzy władzy i pustosłowia nie dopuszczaj do mnie. Duchem zaś czystości i rozwagi, pokornej mądrości, cierpliwości i miłości, obdarz mnie, sługę swego. O Panie i Królu, spraw, abym widział moje przewinienia i nie osądzał brata mego, albowiem Błogosławiony jesteś na wieki wieków. Amen (modlitwa wielkopostna
św. Efrema)
Wtedy to Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą (Rdz 2,7). Kolejny czas Wielkiego Postu w moim życiu, myślę o postanowieniach, drobnych motywacjach do dobra, sposobie uczynienia przestrzeni wokół siebie bardziej przyjemnej dla innych...,wrażliwość serca, zdolność piękniejszego kochania, lub zwyczajna postawa serdeczności. Co tu dużo rozprawiać, trzeba nawrócenia... Tak łatwo się mówi innym nawróć się, zmień swoje życie, zacznij jeszcze raz. To trudne zadanie wymaga poświęcenia i odwagi wyjścia z Jezusem na pustynię. Pięknie pisał św. Jan Klimak: "Nawrócenie i uznanie swojej grzeszności jest córką nadziei i odrzuceniem rozpaczy". Nie jest ono zwątpieniem, ale otwartością serca i tęsknotą za wyjściem z trudnej sytuacji duchowej. Nawracać się to znaczy patrzeć w górę, na miłość Bożą, a nie w dół, na swe wady i przewinienia; nie wstecz, z wyrzutami do samego siebie, ale ku wolności, jaką daje Chrystus ukazując grzesznikom miłość przez chwalebne stygmaty cierpienia. "Czynić pokutę, to widzieć nie to, kim się nie stałem, ale kim przez łaskę Chrystusa ciągle jeszcze mogę się stać". To otwartość serca na duchowe przeobrażenie które się dokonuje mocą miłosiernej miłości. To odkrycie w sobie piękna, przyobleczenie szaty godowej, a nie brzydoty, brudu i lęku. Wiara w ostateczne zwycięstwo dobra w moim życiu. Może będzie i  taki moment że człowiek będzie płakał, bo uświadomi sobie wielki dar przebaczenia i swoją małość wobec przytulających go dłoni Boga. "Łzy bez strachu- (pisał św. Ambroży), mówią o winie, łzy wyznają występek bez naruszenia skromności, łzy nie proszą o przebaczenie, ale je otrzymują. Najpierw należy płakać, a potem prosić. Zresztą ci płaczą, na których Jezus spogląda. Gdy po raz pierwszy Piotr się zaparł, nie płakał, ponieważ Pan na niego nie spojrzał. Kiedy zaparł się po, raz trzeci Jezus spojrzał i ów gorzko zapłakał." Proszę Cię, Panie Jezu abym umiał swój grzech opłakiwać. Abym dorosnął do Twojej miłości. Ty wiesz, że cię miłuję. Amen.

                                                   Ukrzyżowana Miłość
Łk 9, 22-25
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; zostanie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie». Potem mówił do wszystkich: «Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść dla człowieka, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?»
Czas wielkopostnego nawrócenia i przepełniona nadzieją kontemplacja Krzyża, pozwala chrześcijanom odkryć najbardziej wiarygodne i przepełnione miłością oblicze Boga-Człowieka. Filanthropos- Przyjaciel człowieka, którego oblicze wzgardzone, oplute, odrzucone, zaświadcza o największej miłości. Krzyż Chrystusa, staje się wyrazem tej irracjonalnej, bezprecedensowej „szalonej miłości”. Tylko taka perspektywa odsłania nam prawdziwy sens Odkupienia. Mamy do czynienia z przeobrażającą człowieka i świat manifestacja miłości. Ten nurt miłości wypływający z ran Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego Baranka- ożywia, uświęca, stygmatyzuje, przebóstwia zranionego grzechem człowieka. Bóg przez krzyż schodzi do najbardziej infernalnej przestrzeni ludzkiego świata, aby swoją obecnością rozświetlić mroki absurdu i zwątpienia. Ludzkość może przyjąć to terapeutyczne zstąpienie miłości lub odrzucić. Rosyjski myśliciel Bierdiajew pisał: „Chrystus przyszedł na świat, jako uniżony, nie w chwale, był w świecie incognito i to było Jego kenozą”. Ale owocem tego upokorzenia i wyniszczenia, staje się największe zwycięstwo. Dlatego Krzyż splata w sobie dwa aspekty: niewypowiedziane cierpienie, które wydaje się po ludzku nie do uniesienia i triumf życia rozkwitającego, tak jak pokazują to wschodnie ikony krzyża. „Bóg króluje z drzewa życia”. Pokazuje swoje rany, niczym trofea zdobyte w boju i nieustannie przekonuje człowieka o miłości. „Ukrzyżowany solidaryzuje się ze wszystkimi tymi, którzy z własnej winy zostali pozbawieni Ducha i doświadczyli wygnania- oddzielenia od Boga. Właśnie tak, Syn ukrzyżowany umożliwia grzesznikom pogodzenie się z Ojcem dzięki darowi Ducha wylanego na Niego podczas Paschy, i przez Niego, Zmartwychwstałego, danego wszelkiemu ciału”. Bóg w sposób najbardziej maksymalny wypowiedział nam miłość. A gdzie jest człowiek ze swoim krzyżem ? Chrześcijaństwo dzisiaj wstydzi się krzyża, który jest niewygodny, nieprzyjemny, demaskujący, wymagający określonych postaw. „Ubi est Crux mea ?” –pyta mały chłopiec z pewnego malowidła. Chciałby pobiec za grupą szczęśliwych ludzi, podążających za Chrystusem dźwigającym na plecach smutki świata. Gdzieś zagubiliśmy krzyż. Jesteśmy reprezentantami chrześcijaństwa wypalonego, wątpiącego, zbutwiałego, pozbawionego duchowej witalności. Wielu ludzi wierzących wyrzuciło krzyż ze swojej mikroprzestrzeni. W mieszkaniach ludzi ochrzczonych zamiast znaku zbawienia i dumy, wiszą afrykańskie maski i talizmany, stoją statuetki Buddy i palą się pogańskie kadzidełka, infekujące okultyzmem przestrzeń życiową. To wszystko świadczy o duchowej pustce, rozkładowi duszy i rozpaczliwemu poszukiwaniu duchowego świata. Z oddali słychać tylko demoniczny śmiech największego prześmiewcy i plagiatora Boga. Jedynym antidotum na ten stan rzeczy, jest przylgniecie do krzyża Zbawiciela. Postawić krzyż w centrum swojego życia- przylgnąć do niego i prosić o wskrzeszającą do na powrót  do życia miłość. Pragnę to rozważanie zakończyć słowami modlitwy eucharystycznej o tajemnicy pojednania: „Ty nieustannie wzywasz grzeszników do odnowy w Twoim Duchu i najpełniej objawiasz swoją wszechmoc w łasce przebaczenia. Wiele razy ludzie łamali Twoje przymierze, a Ty zamiast ich opuścić zawarłeś z nimi nowe przymierze przez Jezusa, Twojego Syna i naszego Odkupiciela… Nam także dajesz czas pojednania i pokoju, abyśmy polecając się jedynie Twojemu miłosierdziu odnaleźli drogę powrotu do Ciebie, otwierając się na działanie Ducha Świętego nowym życiem żyli w Chrystusie, wychwalali nieprzerwanie Twoje imię i służyli braciom”. 

Marnotrawny Syn
A gdy jeszcze był daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko, wybiegł naprzeciw niego, rzucił się mu na szyję i ucałował go". Jest to jeden z najpiękniejszych, a jednocześnie z najbardziej poruszających wewnętrznie fragmentów Ewangelii. Zobaczyć gest Ojca który rozpościera w akcie miłości swoje ramiona, wychodzi na drogę z tęsknotą wyczekując swojego marnotrawnego dziecka. Pocałunek, przytulenie, wzruszenie i eksplozja miłości, która czyni chrześcijaństwo wrażliwym na przebaczenie..., to wielkość która wypływa z pełnego miłosierdzia serca Boga. Chrześcijaństwo mierzy się otwartymi ramionami, głębią serca, potokiem łez które przynoszą oczyszczenie i wskrzeszają na nowo do życia. Ile to razy w naszym życiu zranieni jesteśmy grzechem, zagubieni...pełni buntu i wewnętrznej pychy. Przechodząc przez dramat upadku, potykając się o swoje iluzje szczęścia, w pewnym momencie przypominamy sobie, że ktoś nas autentycznie i prawdziwie kocha, dla Niego jesteśmy ważni. Bóg się nami nie brzydzi, ciągle wychodzi cierpliwie na drogę i wygląda naszego powrotu, bo wie że słabi jesteśmy i pełni lęku. Kiedy duma, pycha i egoizm się wyczerpią pozostanie tylko tęsknota za Miłością. św. Ambroży wypowiedział taki zdumiewający pogląd: "Bóg stworzył człowieka i wówczas odpoczął mając wreszcie kogoś, komu może przebaczyć grzechy". Te słowa stanowią całą wielką wyobraźnię miłości jako daru. Jest taki obraz Rembrandta, który głęboko wnika ducha tej przypowieści. Ojciec czcigodny starzec, w płaszczu szeroko rozpostartym, o obliczu promieniującym radością, mimo że jego oczy są wyblakłe od wielkiego płaczu. Ręce silnie opierają się na ramionach syna, by uniemożliwić mu powtórne odejście. Młodszy syn jest w cieniu, klęczy, widzimy jego plecy. Głowę kryje na piersi ojca. Tu się wszystko zawiera, położenie głowy blisko serca ojca, wyraża przywróconą miłość. Serce ojca nigdy nie przestało bić dla swojego dziecka, to centrum uczuć, to przestrzeń w której zostaje przywrócony do życia ten który był umarłym a ożył, zaginał a odnalazł się. W głębi widzimy starszego syna, tego "sprawiedliwego wyrobnika", gdybyśmy mieli opisać jego portret psychologiczny to zobaczymy: wściekłość, irytację, pogardę, ręce zaciśnięte w porywie gniewu, cała postawa wyraża naganę i zgorszenie słabością ojca. Jak ten obraz ma się do mnie ? Kiedy odnajdę w sobie marnotrawnego syna, stanę w prawdzie, dokonam autorefleksji nad swoim postępowaniem, wejdę na drogę, jest szansa że spotkam na niej Ojca, który przyjmie mnie z rozpostartymi ramionami..., to już jest uzdrowienie, odnaleziona darmowa miłość. "Teraz wreszcie czuję, jak ogarnia mnie tęsknota za tym uściskiem. Biegnę do Ojca, zarzucam Mu ręce na szyję. Przebacz mi, że byłem Ci wierny bez miłości".

      Oślica niosąca Króla
Mk 11,1-10
Słowa Ewangelii według świętego Marka. Gdy się zbliżali do Jerozolimy, do Betfage i Betanii na Górze Oliwnej, Jezus posłał dwóch spośród swoich uczniów i rzekł im: „Idźcie do wsi, która jest przed wami, a zaraz przy wejściu do niej znajdziecie oślę uwiązane, na którym jeszcze nikt z ludzi nie siedział. Odwiążcie je i przyprowadźcie tutaj. A gdyby was kto pytał, dlaczego to robicie, powiedzcie: «Pan go potrzebuje i zaraz odeśle je tu z powrotem»”. Poszli i znaleźli oślę przywiązane do drzwi z zewnątrz, na ulicy. Odwiązali je, a niektórzy ze stojących tam pytali ich: „Co to ma znaczyć, że odwiązujecie oślę?” Oni zaś odpowiedzieli im tak, jak Jezus polecił. I pozwolili im. Przyprowadzili więc oślę do Jezusa i zarzucili na nie swe płaszcze, a On wsiadł na nie. Wielu zaś słało swe płaszcze na drodze, a inni gałązki zielone ścięte na polach. A ci, którzy Go poprzedzali i którzy szli za Nim, wołali: „Hosanna. Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie. Błogosławione królestwo ojca naszego Dawida, które przychodzi. Hosanna na wysokościach.”
Ewangelia Niedzieli Palmowej rozpoczyna się od pozornie banalnego momentu jakim jest zorganizowanie środka transportu- przyprowadzenia oślicy. Chrystus wybiera ciekawy środek lokomocji. Wielu współczesnych dając upust swojej wyobraźni, pewnie zachodzi w głowę, jakim dzisiejszym mobilem wjeżdżałby Pan do Nowego Yorku czy Warszawy (zakładając, że uruchomienie nowej linii metra trochę jeszcze potrwa). Dlaczego tak mocno przeczepiłem się środka lokomocji; naprawdę ważne jest to zwierzę, biedna oślica, której obecność i twórcza rola utrwaliła się na kartach Ewangelii, malowidłach ściennych, czy średniowiecznych rzeźbach, na której to grzbiecie obwożono figurę Zbawiciela, na pamiątkę pięknego- słonecznego dnia zapowiadającego, nadchodzące święto Paschy w  Jerozolimie. Do dzisiaj wielu prześmiewców chrześcijaństwa, używając złośliwych epitetów, nazywa wyznawców Ukrzyżowanego, nikim innym jak głupimi osłami. Oślica urasta do pewnego symbolu; wybierając takiego wierzchowca, Jezus chce wskazać na wielką pokorę, łagodny charakter swojego działania. Oślica której wcześniej nikt nie dosiadał, zarezerwowana dla Króla- którego radosne święto, okraszone powiewem palm i skandowaniem tłumu będzie trwało tylko jeden dzień. Wracając jeszcze do biednej oślicy, to najstarsza egzegeza chrześcijańska, wywodząca się ze środowiska aleksandryjskiego, widziała w niej symbol synagogi, w towarzyszącym oślątku, które zdumione obecnością tak licznego i hałasującego tłumu, mocno dokazywało i przytulało się do matki, dopatrywała się symbolu nieskrępowanego pogaństwa, nie dźwigającego ciężarów Prawa. Tłum skanduje radość wymachując gałązkami zerwanych palm „Hosanna na wysokości, błogosławiony, który idzie w imię Pańskie, hosanna na wysokości”- te słowa utrwalą się w momencie poprzedzającym najważniejszy moment liturgii chrześcijańskiej. „Hosanna”- to tyle, co Boże zbaw mnie.., dotknij życia łaską. Wydaje się, iż w tym momencie najbardziej podniosłej euforii tłumu, Syn Człowieczy czuł się najbardziej osamotniony- widział już przyszłość. Jak pisał ks. Pasierb: „Okrzyki, wiwaty radość. Jezus wjeżdża do miasta. Po raz pierwszy przybył tu mając dwanaście lat. Kochał to miasto, płakał przepowiadając jego przyszły los. Teraz wjeżdża do niego po raz ostatni, opuści je w piątek, niosąc krzyż, aby zostać zamordowanym „poza miastem”. Radość, okrzyki, śpiewy. Nastrój przedświąteczny. Zbrodnia dojrzewa”. My też przychodząc na liturgię, trzymamy na pamiątkę tego wydarzenia palmy. „Lecz fakt, że niesiemy te gałązki zawiera w sobie wielką tajemnicę. Oliwka bowiem, niosąca w owocu ukojenie bólu i trudu, oznacza uczynki miłosierdzia; także i słowo „miłosierdzie” po grecku brzmi „eleos”. Palma zaś, choć ma twardy pień, posiada wspaniały koniec czyli koronę, czym pokazuje, że przez twardość życia mamy się wznosić ku piękności ziemskiej ojczyzny. Niesiemy więc gałązki oliwne w ręku, okazując w postępowaniu moc miłosierdzia” (Anonim IX w.). Gałązki palm- pisał św. Augustyn- „są znakami uwielbienia, które głoszą zwycięstwo, gdyż Pan miał pokonać śmierć mocą swej śmierci, a przez zdobycz wojenną, która przypadała Mu w udziale, gdy zawisł na krzyżu, zatriumfować nad szatanem, księciem śmierci”. W Psalmie 92,13-15 drzewo palmowe jest obrazem życia w pełni łaski: „Sprawiedliwy zakwitnie jak palma… Zasadzeni w domu Pańskim rozkwitną na dziedzińcach naszego Boga”. Często w sztuce etiopskiej i koptyjskiej przedstawiano Chrystusa ukrzyżowanego na drzewie palmy- Bóg królujący z drzewa życia. Wchodzimy w Wielki Tydzień, jedyne co nam pozostaje to pozwolić doświadczyć znaków i cudownych interwencji Boga. To wszystko będzie miało miejsce w przeżyciu misterium liturgii- Triduum Sacrum- jednym, wielkim „teatrum” przechodzącego ze śmierci do życia Boga-Człowieka, to się rozegra na naszych oczach, w trzech odsłonach. Tego, nie można przespać, ani zatracić, siedząc w domu przed telewizorem czy bezrefleksyjnie męczyć laptopa. Potrzeba wejść w wydarzenie Chrystusa, aby wraz z Nim- przejść od Wieczernika, stanąć pod Krzyżem, a następnie uchwycić emanację światła rozpruwającego ściany grobu, zwiastującego świt Życia.
         Wieczernik- Pamiątka Miłośc
1 Kor 11,23-26
Bracia: Ja otrzymałem od Pana to, co wam przekazuję, że Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: „To jest Ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę”. Podobnie skończywszy wieczerzę, wziął kielich, mówiąc: „Kielich ten jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę”. Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie.
On jest milczącym Barankiem, Barankiem zabitym, zrodzonym z Maryi, pięknej owieczki. Wzięty ze stada i poprowadzony na zabicie, wieczorem został złożony w ofierze, a nocą Go pogrzebano. Nie łamano Mu kości na drzewie krzyża, a będąc w ziemi nie uległ rozkładowi, lecz powstał z martwych i wskrzesił człowieka wyprowadzając go z grobu otchłani.
Meliton z Sardes
Do tajemniczego Stołu wszyscy przystępując, z czystym sercem przyjmijmy Chleb, i nie oddalajmy się od Pana, aby zobaczyć, jak umywa nogi uczniom, i czynić podobnie: poddani sobie nawzajem, nogi jedni drugim umywając. Chrystus bowiem tak nakazał czynić swoim uczniom ale nie słuchał Judasz, sługa przewrotny.
Liturgia Bizantyjska
Wieczernik- miejsce w którym rozpoczęła się nowa Pascha, noc sederu, wydarzenie największego obdarowania w dziejach świata; przymierze miłości, przyjaźni…, zaspokajające wszelkie tęsknoty i marzenia, utrwalone w pamięci i sercach uczniów; słów oraz gestów Jezusa. Eucharystia i Kapłaństwo- dwa cudowne pocałunki Boga, przepływająca miłość w sercach wierzących, niczym w krwiobiegu życia wiary. Bez kapłaństwa nie ma życia Jezusa ! Uświadamiamy sobie to, za każdym razem w czasie przeżywania liturgii, jakbyśmy wchodzili do „wehikułu czasu”, uczestniczyli w wydarzeniu miłości, które się dokonało dwa tysiące lat temu i uobecnia każdego dnia na tak wielu ołtarzach świata. W taki sposób Chrystus pozostawił siebie i jednocześnie „umiłował nas do końca”. Święte wydarzenie Wielkiego Czwartku, dzięki któremu pulsować będzie dar życia w sercu chrześcijaństwa. „Pan Jezus tej nocy, której został wydany” (1Kor 11,23), ustanowił Ofiarę Eucharystyczną swojego Ciała i swojej Krwi. Św. Paweł przypomina nam niezwykle ważny kontekst, w jakim zrodził się najcenniejszy dar dla Kościoła. To nic innego jak wydarzenie Krzyża- krew i woda, które wytrysnęły z boku Baranka, rodząc wspólnotę wierzących, obmywając ludzkość drogocennym darem miłości. To nie tylko przywołanie wydarzenia, rozumianego jako „pamiątka”, czy sentymentalny epizod pożegnania utrwalony w emocjonalnych opisach ewangelistów. Chodzi tu, o MISTERIUM- sakramentalne uobecnienie- wydarzenie, które ponawiane, trwać będzie aż do skończenia świata- „Jestem z wami, przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Pisał o tym zdumieniu eucharystycznym Papież Jan Paweł II „Kościół otrzymał Eucharystię od Chrystusa, swojego Pana, nie jako jeden z najcenniejszych darów, ale jako dar największy, ponieważ jest to dar z samego siebie, z własnej osoby w jej świętym człowieczeństwie, jak też dar Jego dzieła zbawienia… Gdy Kościół sprawuje Eucharystię, pamiątkę śmierci i zmartwychwstania swojego Pana, to centralne wydarzenie zbawienia staje się rzeczywiście obecne i dokonuje się dzieło naszego Odkupienia”. Tego dnia pochylam się w zachwycie nad moim kapłaństwem; źle napisałem- nad Jego Kapłaństwem, które otrzymałem przez biskupi dar nałożenia rąk. Przypominam sobie moją pierwszą odprawioną Mszę Prymicyjną- tak wielkie drżenie i poczucie niegodności, przed niewypowiedzianą tajemnicą Boga; tyle emocji gwałtownie przenikających wnętrze; ludzka ograniczoność wobec przeistoczenia, które całkowicie przekracza wszelkie wyobrażenia. Pamiętam jak mój tato, całował moje dłonie, zaciągając się łzami i dumą z tego, ze jego syn- ukochane dziecko, jest dłońmi, oczami, sercem Chrystusa- „in persona Christi”. Te obrazy zachowały się w mojej pamięci tak mocno, jak ten szczególny pożegnalny wieczór, który w pamięci będą przechowywać skrzętnie Apostołowie, kiedy Chrystus umywał jak niewolnik, im nogi, „Miłujcie się wzajemnie, jak Ja was umiłowałem…” Miłość którą pozostawia Chrystus, nie jest łatwa, ale w sposób służebny realizowana przemienia oblicze świata. „Gdzie jest Chrystus, tam jest Kościół”- przez tą eucharystyczną świadomość, przebija się jakże ważna prawda, iż każdy Kościół poddany zwierzchnictwu swego biskupa i celebrujący Eucharystię ma w sobie całą pełnię rzeczywistości Kościoła Bożego. To rodzi poczucie wdzięczności wobec osoby biskupa, dzięki któremu służebne kapłaństwo nabiera mocy sprawczej i staje się owocne dla samego prezbitera, a przez niego dla wszystkich wiernych. To niejako sam biskup, w każdym prezbiterze sprawuje święte misteria, stając się tym samym, stróżem powierzonej miłości i świadkiem pasterskiej władzy Mistrza. 
Cierpiący Sługa
Iz 50,4-9a
Pan Bóg mnie obdarzył językiem wymownym, bym umiał przyjść z pomocą strudzonemu przez słowo krzepiące. Każdego rana pobudza me ucho, bym słuchał jak uczniowie. Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem ani się nie cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam. Blisko jest Ten, który mnie uniewinni. Kto się odważy toczyć spór ze mną? Wystąpmy razem! Kto jest moim oskarżycielem? Niech się zbliży do mnie! Oto Pan Bóg mnie wspomaga! Któż mnie potępi?
Kiedy czytam przeraźliwie realistyczny opis o „Cierpiącym Słudze Jahwe”, proroka Izajasza, to moja wyobraźnia, odsłania cały niesprawiedliwy proces Jezusa- przechodzącego niewyobrażalne cierpienia, zadawane przez ludzi. Słowa Izajasza urzeczywistniły najbardziej krwiożercze zachowanie wobec Syna Bożego. Po proroku zrelacjonuje nam dokładnie to wydarzenie Ewangelista Mateusz; „Wówczas zaczęli pluć Mu w twarz i bić Go pięściami, a inni policzkowali Go i szydzili: Prorokuj nam, Mesjaszu, kto cię uderzył !”. Przerażająca jest świadomość, jak bardzo człowiek drugiemu, może zgotować taką gehennę cierpienia. Każdy miał swój udział w tym bezsensownym dramacie cierpienia; arcykapłani żydowscy którzy czuli zagrożenie wobec swojej pozycji, podburzony tłum, żołnierze rzymscy dla których pastwienie się nad Chrystusem, stanowiło radosny przerywnik w monotonii codziennej wojaczki. Tyle cierpienia… ! Pan przywiązany do słupy, unieruchomiony ludzką rządzą wymierzania bólu, to zadawanie bólu będzie się powtarzać przez całe wieki historii świata. Bóg będzie cierpiał w niewinnych, opuszczonych. O tym cierpieniu Chrystusa pisał z reporterską dokładnością o. Aleksander Mień: „W ruch poszły rzymskie bicze zakończone kolcami, które rozrywały ciało do krwi. Po takiej egzekucji człowiek był zwykle na wpół przytomny, ale żołnierzy to tylko bawiło. W kohorcie Piłata służyli w zasadzie Grecy, Samarytanie i Syryjczycy, nienawidzący Żydów. Ludzie ci, korzystając z okazji, całą swą złość wyładowali na Cierpiącym. Jeden z żołnierzy narzucił na Jezusa czerwony płaszcz, drugi wsunął Mu do ręki kij, żeby wyglądał na błazeńskiego króla. Na głowę włożyli Mu naprędce „koronę” uplecioną z ciernia. Przez cały ten czas Jezus nie wyrzekł ani słowa; natomiast żołnierze kłaniali się Mu nisko, do ziemi, i wołali: „Witaj, Królu Żydowski !” Niektórzy z nich pluli na Niego i bili pałką po twarzy i głowie”. Bezradność Jezusa, stanowi świadectwo największej miłości do człowieka. Jakby chciał każdemu z nas powiedzieć- Popatrz na Mnie, przejrzyj się w mojej Twarzy, zobacz oczy wypełnione krwią, plecy zorane biczami. Popatrz i zapytaj siebie; czy ty jeszcze potrafisz być człowiekiem- czy potrafisz kochać ?

    Wielki Piątek- Tajemnica Krzyża
A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki:  Niewiasto, oto syn twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: Pragnę. Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł:  Wykonało się!. I skłoniwszy głowę wyzionął ducha. ( J 18,1-19,42)
"Z przebitego boku wypłynęła krew i woda". Nie chcę, abyś, słuchaczu, przechodził obojętnie wobec tak wielkich tajemnic, zostaje bowiem jeszcze inny i tajemny sens. Powiedziałem już, że woda i krew są obrazem chrztu i Eucharystii. Z tych dwóch sakramentów bierze swój początek Kościół "przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym", to znaczy przez chrzest i Eucharystię, które wywodzą się z boku Zbawiciela. Kościół więc powstał z boku Chrystusa, podobnie jak z boku Adama wyszła jego małżonka, Ewa. (św. Jan Chryzostom – Katecheza chrzcielna)
Niech powstanie Bóg i rozproszą się Jego wrogowie, niech ci, którzy Go nienawidzą, uciekają przed Jego obliczem. Jak się rozwiewa dym, tak niech się rozwieją, jak taje wosk wobec ognia, tak zginą szatani od oblicza miłującego Boga, żegnających się znakiem krzyża świętego i z radością mówiących: Bądź pozdrowiony, życiodajny krzyżu Boży, który odpędzasz szatany mocą ukrzyżowanego na Tobie Boga naszego Jezusa Chrystusa, który do piekieł zstąpił, podeptał moc szatańską i dał nam Ciebie, krzyż swój czcigodny, na odpędzenie wszelkiego nieprzyjaciela. O czcigodny i życiodajny krzyżu Boży, pomagaj mi z Najświętszą Władczynią, Dziewicą Bogurodzicą, i wszystkimi świętymi na wieki. (Modlitwa prawosławna)
Piękno twej woni zwycięża wszystkie aromaty, słodycz twojego nektaru napełnia głębię serca. Przez krzyż, Chryste, prosimy, przenieś nas tam, gdzie jest nagroda życia dla tych, których, przybity do krzyża, raczyłeś odkupić. (św. Piotr Damiani)
"Jaśnieje krzyż chwalebny, unosi ciało Pana. Zaś On swej krwi strumieniem obmywa nasze rany". Wielki Piątek stawia nam przed oczy narzędzie kaźni- Krzyż, na którym Chrystus dokonał dzieła Odkupienia. Krzyż nie jest dziś znakiem hańby i powodem wstydu, lecz staje w centrum naszych serc jako znak chwały. Dzisiaj podniesiemy ten znak i będziemy śpiewać "Oto drzewo Krzyża na którym zawisło Zbawienie świata". Pragniemy przyjąć dar krzyża który będzie się nam jawił jako pełen blasku i chwały…, Bóg króluje z drzewa życia. W chwili największego poniżenia na Krzyżu Chrystus jest tak samo wiecznym i żywym Bogiem. Tak więc spoglądając na ukrzyżowanego Chrystusa, widzę nie tylko cierpiącego człowieka, ale i cierpiącego Boga, śmierć na Krzyżu Pana jest zwycięstwem cierpiącej miłości. To Miłość jest silniejsza niż śmierć. To zwycięstwo miłości nad nienawiścią. "Życie Moje oddaję za owce... Nikt mi Go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję"(J10,15-18). "Chrystus na krzyżu objawia się nam jako zwycięski wojownik. Jezus wstąpił na krzyż jak wojownik na rydwan królewski, aby odnieść na nim zwycięstwo nad wrogiem. Ręce Chrystusa, Jego nogi i bok zostały zranione w boju. Przez swoje rany uleczył rany grzechu, zadane naszej naturze przez przewrotnego węża. Życie zostało dane w miejsce śmierci, chwała przyznana zamiast hańby. Dlatego wołamy za Apostołem: "Nie daj Boże abym miał się chlubić z czego innego jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu świat stał się ukrzyżowany dla mnie a ja dla świata" (Ga 6,14). Do zwycięstwa Pana na krzyżu można zastosować słowa wypowiedziane przez pewnego rosyjskiego kapłana kiedy przeżył cudem dramat obozu na Syberii: "Cierpienie zniszczyło wszystko. Jedno tylko przetrwało-MIŁOŚĆ".
Wywyższenie
J 8,29
Rzekł więc do nich Jezus: „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja jestem i że Ja nic od siebie nie czynię, ale że to mówię, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną: nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba”. Kiedy to mówił, wielu uwierzyło w Niego.
Chrystus używa względem swojej osoby najświętszego imienia- Jahwe ( to imię, objawił Bóg Mojżeszowi (Wj 3,14) oznacza, że Bóg Izraela jest jedynym i prawdziwym Bogiem (Pwt 32,29). Posługując się imieniem, którego nikt z Żydów nie mógł, ani nie śmiał wypowiedzieć, Jezus (posiadając samoświadomość boskości) odnosząc je do siebie, tym samym dokonuje swojej boskiej prezentacji, jako Zbawiciel. W tym miejscu, również zostaje obwieszczona chwała Syna Człowieczego, która dokona się przez wywyższenie na krzyżu, które będzie stanowiło jednocześnie odpowiedź na pytanie które zostało Mu udzielone przez ludzi których wnętrza były pełne niedowiarstwa „Kimże Ty jesteś ?” Na krzyż dokonało się dzieło największej miłości- wywyższenie- zwycięstwo miłości nad nienawiścią, życia nad śmiercią, światła nad ciemnością. Wywyższenie to nic innego, jak ukochanie człowieka maksymalną miłością. „Z miłości wziął na Siebie nasze rozbite człowieczeństwo i uczynił je własnym. Z miłości również utożsamił się z całym naszym cierpieniem, przyniósł Siebie w ofierze, dobrowolnie wybierając w Getsemani drogę swej męki”. Z perspektywy krzyża wszystko widzi się inaczej… Kiedy dostrzeżemy Jezusa w akcie największej agonii, to zrozumiemy, że do tego najbardziej irracjonalnego przyjęcia bólu, przywiodła Go dobrowolna miłość. „Krzyż stawia nas przed paradoksem wszechmocy miłości”. Dostojewski próbował zgłębić sens tego zwycięstwa, posługując się ustami i mądrością starca Zosimy, z powieści „Bracia Karamazow”: „Wobec niektórych myśli człowiek staje zmieszany, nade wszystko na widok ludzkiego grzechu, i wtedy zastanawia się on, czy zwalczać go siłą czy pokorną miłością. Postanawiaj zawsze: zwalczę to pokorną miłością. Jeśli postanowisz tak raz na zawsze, wobec wszystkiego, możesz pokonać świat”. Kochającą pokorą Bóg- Człowiek wydany na śmierć i podniesiony na drzewie hańby, zwyciężył cały świat- zwyciężył zło w każdym z nas.

Wielkanocna światłość
1J 1,7
Jeżeli zaś chodzimy w światłości, tak jak On sam trwa w światłości, wtedy mamy jedni z drugimi współuczestnictwo, a krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu.
Fragment listu św. Jana, mówiący o poruszaniu się w światłości, najpełniej oddaje duchowe przeżycia chrześcijan wywodzących się z Kościołów Wschodnich- przeżywających aktualnie Triduum Paschalne. Wielkanoc dla braci prawosławnych jest największym doświadczeniem światłości; nie tylko przez coroczny cud zstąpienia świętego ognia w bazylice Grobu Pańskiego, ale nade wszystko przez misterium liturgii- Boskiej, która w całej swojej teatralności otwiera każdego kto tylko wstąpi do cerkwi na wydarzenie obecności Zmartwychwstałego Pana. Gogol pisał, że Rosjanie obchodzą Wielkanoc szczególnie uroczyście, ponieważ ich wiara oparta jest na nadziei. Ze szczęściem, które wypisuje się na twarzach wiernych i podniosłymi słowami tropraionu zwiastującego triumf Syna Człowieczego, pokonującego śmierć, szatana i grzech- brzmi niczym litania: „Chrystus zmartwychwstał !”, a lud ile tylko sił w gardle odpowiada z wiarą- „prawdziwie zmartwychwstał”. W tym dniu cerkiewne świeczuszki udzielają światła inaczej, jakby intensywniej, odpowiadając na ciepłotę człowieczych serc- przepełnionych szczęściem Paschy. Ten chwytający za serce nastrój opisuje Czechow w opowiadaniu Święta noc: „Ta sama niezwykła ruchliwość rzuca się w oczy i w samym wielkanocnym nabożeństwie. Carskie wrota we wszystkich nawach otwarte są na oścież, w powietrzu nad kadzielnicami unoszą się gęste obłoki kadzielnego dymu; kędy okiem rzucić, wszędzie światła, blask, pryskanie świeczek… Nie ma żadnych modlitw czytanych; wesołe i pośpieszne śpiewy nie milkną do samego końca; po każdym psalmie kanonu duchowieństwo zmienia szaty
i wychodzi z kadzielnicami, co się powtarza prawie przez dziesięć minut”. W tym plastycznym opisie zostaje odsłonięty najbardziej istotny sens; Kościół zdejmuje szatę smutku i przyobleka się w światłość Chrystusa. To szaty godowe tych, którzy wierzą iż Pan może nadejść w tej chwili. Święto pierwszego dnia i ósmego; noc przechodząca ze śmierci do życia i dzień spełnienia ludzkich tęsknot w którym Bóg „będzie wszystkim we wszystkich”. Prawosławie głosi radość zmartwychwstania, obwieszcza czas łaski i przebaczenia. Wyrażają to słowa homilii paschalnej św. Jana Chryzostoma: „Jeśli ktoś jest uczciwy i pobożny, niech znajdzie radość w tej dobrej i pełnej światłości uroczystości… Pan przeto przyjmuje pierwszego jak ostatniego i daje odpocząć tym, co o jedenastej godzinie przyszli… I nad ostatnim się lituje i pierwszego wynagradza, i jednemu daje i drugiego wspomaga… Niech nikt nie opłakuje grzechów przebaczenie bowiem z grobu zajaśniało.” Kościół Wschodni tak bardzo uwrażliwiony na grzech, w tym czasie odsuwa nawoływanie do pokuty i pozwala zanurzyć się grzesznikom w przebóstwiającej światłości Pana. Znika myśl o grzechu, ludzkiej ułomności, czy niegodności- każdy jest zaproszony na Ucztę Baranka. Nadzieja odsuwa smutek i przywraca nadzieję. Jak pisał o. Dumitru Staniloae: „Pascha centrum prawosławnego kultu, jest wybuchem radości, tej samej radości, którą odczuli uczniowie, kiedy ujrzeli zmartwychwstałego Zbawiciela. Jest to eksplozja kosmicznej radości wywołanej triumfem życia po wszechogarniającym żalu po śmierci- śmierci, którą nawet Pan życia musiał przecierpieć, kiedy stał się człowiekiem… Teraz wszystkie rzeczy są przepełnione pewnością życia, podczas gdy przedtem wszyscy konsekwentnie posuwali się ku śmierci. Prawosławie ze szczególnym naciskiem podkreśla wiarę chrześcijaństwa w triumf życia.” My chrześcijanie Zachodu, możemy wraz z naszymi braćmi pobiec wspólnie ku nadziei. Pobiec do pustego grobu, przystanąć i uwierzyć !
     
Poranek wielkanocny
Mt 28,8-15

Gdy anioł przemówił do niewiast, one pospiesznie oddaliły się od grobu z bojaźnią i wielką radością i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: „Witajcie”. One zbliżyły się do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: „Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą”. Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: „Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu”. Oni zaś wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego.
W tym czasie paschalnej nadziei jesteśmy zaproszeni do zachwytu nad cudem Zmartwychwstania Pana, jak niewiasty które wybrały się pośpiesznie do grobu, aby namaścić ciało Chrystusa, a miejsce to okazało się puste. Gdzie jest nasz Pan, umiłowany nasz..., gdzie Go przeniesiono? A po chwili zachwyt, przytulenie, padnięcie do nóg, rytuał miłości, temu musiały towarzyszyć łzy głębokiego wzruszenia. Zobaczyć ogród rozkwitający w nim pusty grób z którego wytryskuje światło i radość. Chcieć przenieść tę radość kerygmatu dla innych, być odważnym świadkiem tego co, serce pomieścić nie może, a przed czym rozum musi ustąpić. Chrystus Zmartwychwstał, radości moja ! takimi słowami św. Serafin z Sarowa pozdrawiał ludzi spotkanych na drodze. Być człowiekiem którego twarz jest rozpromieniona radością. Dzisiaj Jezus nas spotyka i mówi do naszych serc "Witajcie", więcej nawet: Radujcie się..., niech wasze życie będzie pełne błogosławieństwa i łaski, triumfu życia nad rozpaczą śmierci. Spotkaliśmy Pana On się nam ukazał, to powód do dumy, postawy wyprostowanej i opromienionej blaskiem mocy Zmartwychwstałego Pana. Dzisiaj jest również w tradycji tak zwany lany poniedziałek, dzieci biegają z wiaderkami, i leją wodę aby dać zadość tradycji. Kiedy pierwsi chrześcijanie wracali po długiej celebrowanej w nocy, pięknej liturgii paschalnej, nad ranem aby spożyć agapy, przechodząc uliczkami Rzymu śpiewali radosne pieśni wielkanocne, poganie którzy byli przebudzeni ze złością wylewali na nich pomyje, wodę. Modlę się o odwagę, gotowość wyjścia na zewnątrz i przebudzenia tych, którzy jeszcze śpią i mają w nosie najważniejsze święto. Powiedzieć im z odwagą zbudź się o śpiący a zajaśnieje ci, Chrystus !

Droga do Emaus
Łk 24,13-35
 
W pierwszy dzień tygodnia dwaj uczniowie Jezusa byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni ze sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali ze sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: „Cóż to za rozmowy prowadzicie ze sobą w drodze?” Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: „Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało”. Zapytał ich: „Cóż takiego? Odpowiedzieli Mu: „To, co się stało z Jezusem z Nazaretu, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że właśnie On miał wyzwolić Izraela. Teraz zaś po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Co więcej, niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: Były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli”. Na to On rzekł do nich: „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?” I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał ?” W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi”. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba. 
Każdy chrześcijanin ma swoją własną drogę do Emaus którą przechodzi z wątpliwościami, pytaniami, osobistymi przeżyciami. Czasami ta drogą biegnie uciekając od wzroku innych ludzi, szukając a może i nawet wadząc się ze sobą i swoim osobistym doświadczeniem wiary. Każdy może odnaleźć siebie w tych uczniach którzy żyli wydarzeniami Paschy- tak innej od pozostałych przeżywanych w wielkim spokoju. Idą pełni wątpliwości, pytań i wspomnień... Dwaj uczniowie, na których spoczywa cień krzyża, szli przytłoczeni smutkiem i wątpliwościami z Jerozolimy; po drodze przyłącza się do nich nieznajomy wędrowiec, który włącza się do rozmowy. Zapraszają Go pod swój dach i  w czasie wieczerzy, przy błogosławieniu chleba, spadają im łuski z oczu i poznają Go. Jezus czyni te same gesty jak w czasie pożegnalnej ale jednocześnie wyjątkowej Wieczerzy- Eucharystia. Pan Zmartwychwstały pozwala im się poznać. "Dopiero kiedy rozmawiamy z Nim i pozwalamy Mu do nas przemówić, kiedy wchodzimy z Nim w dialog, w relację ja i ty, wtedy możliwe jest autentyczne doświadczenie Boga. "Każdy z nas ma swoje Emaus w którym Chrystus łamie chleb i daje się rozpoznać, aby wzmocnić w nas oczekiwanie na miłość i łaskę. To jednocześnie wspólnota stołu w której gotowy jestem zobaczyć brata i siostrę, komunia miłości w której urzeczywistnia się prawdziwa miłość Boga wiecznie odkrywanego przez nasze oczy i serce. Niechaj Pan idzie z nami !

Pokój Wam
Łk 24,35-48
 A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: „Pokój wam”. Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: „Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam ( Łk 24,35-48 ).
"Rozumiesz zatem że dla apostołów zmartwychwstanie stanowiło radykalną zmianę, odnowę, moment decydujący: Kiedy Chrystus trzeciego dnia ukazuje się im, siedzącym przy zamkniętych drzwiach, pierwszą ich myślą jest, że przeżywają halucynacje, że widzą zjawę. A Chrystus w tym zdarzeniu i w wielu innych, podobnych, kiedy się im ukazuje po zmartwychwstaniu, podkreśla zawsze jak przekazują Ewangelie- fakt rzeczywistej, cielesnej obecności, to że nie jest żadnym duchem ani złudzeniem. Dzieli z nimi posiłki. Rozumiesz także, dlaczego pierwszymi słowami Chrystusa były słowa pokoju: "Pokój wam!" Przynosi im ten pokój, który im odebrała śmierć, będąca także ich śmiercią. Wyzwala ich beznadziejności kompletnego chaosu owego półmrocznego świata, w jakim się pogrążyli, gdzie życie stało się nierozpoznawalne, z tymczasowości owego przejściowego bytowania, z którego została wymazana wieczność. Daje im pokój, który wyłącznie On może dać, "pokój przekraczający rozumienie", pokój pojednania z życiem, pewność poza zwątpieniem i poza wahaniem- ci ludzie taką pewność osiągnęli, ponieważ powracając do życia nie mogli już wątpić w życie. Życie w świecie, który ma przyjść, ale nadszedł już, bo Chrystus zmartwychwstał prawdziwie i dar Ducha Świętego został już dany. Radość zmartwychwstania jest czymś, czego koniecznie musimy się nauczyć doświadczać."

abp. Antoni Bloom Odwaga modlitwy
W centrum Ewangelii, zostało przez św. Łukasza opisane spotkanie ze Zmartwychwstałym Panem, który przynosi uczniom najważniejsze przesłanie - „Pokój wam!”. Potem pozwolił się oglądać, dotykać…, przekonywał ich, że żyje. Zatrwożony i wylęknionym wydawało się, że widzą ducha. Doświadczenie czegoś poza racjonalnego, wywołuje najczęściej strach. On nie chce, aby Jego uczniowie się bali. W miłości do przyjaciela nie powinno być strachu. Prawdziwa miłość, usuwa poczucie zwątpienia, lęku, czy niepewności. Jeśli naprawdę wierzymy w zmartwychwstanie, to nic nie usprawiedliwia naszych obaw, czy lęków. Nawet najbardziej zatrważająca sytuacja, czy skandaliczne doświadczenie grzechu. „A jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca” (1 J 3,20). Bóg jest większy od naszej grzeszności, wyrachowanej, często pełnej kalkulacji, bezdusznej czy egoistycznej postawy. Jego Zmartwychwstanie przynosi nam wolność dziecka Bożego. Już nie jesteśmy niewolnikami, jesteśmy podniesionymi do wielkości, dzięki łasce darmo danej, na miarę Chrystusa, który wypowiedział na Krzyżu miłość i dokonał zwycięstwa życia nad dołującym świat, demonem. Bóg jest większy od naszego serca. „Sieje się ciało cielesne, powstaje ciało duchowe”( 1Kor 15,34). Napiszę św. Ambroży: „Pan dał nam swoje ciało do dotknięcia. Przez nie tylko wzmocnił wiarę, ale pobudził pobożność, gdyż rany, za nas otrzymał, zapragnął ponieść do raju nie chcąc ich zmazać, aby okazać Bogu cenę naszej wolności”. Co robi Chrystus; przedstawia nam swoje chwalebne rany, abyśmy potrafili zobaczyć w nich pełnię daru miłości, abyśmy doświadczyli pokoju, który przeobrazi nasze serca i wyżłobi na twarzach blask szczęścia z poczucia odnalezionego zbawienia.